co więcej dodać, co więcej ująć.
co więcej dodać, co więcej ująć.
No i testuję.
Herta Muller wciąż czeka. Jesień znoszę lepiej, aczkolwiek czasami się boję.
Jak znajdę dziś troszkę sił, to skończę
.
a ja nie mam pojęcia o niczym.
Walczę.
Dziś zacznę oglądać drugi sezon.
Czuje się bez sensu.
Podróż do Włoch nie mogę zlokalizować (zaginiona w przeprowadzce). Rodzinna Europa czytana w podróży; przerwana. Austerliz W.G. Sebalda w cztaniu a House w oglądaniu.
Czytam Rodzinną Europę Miłosza. Czytam spokojnie. W chwilach kiedy mam czas. Delektuje się, ale jednocześnie lekko mnie ona męczy. Może lepsza byłaby jakaś współczesna lektura, a może beletrystyka?
Jutro.
Boli mnie gardło. Nie pamiętam już jak dawno czułem się po prostu zdrowy.
Jechałem samochodem. Słuchałem TokFM. Uśmiechałem się. A wcześniej nie mogłem patrzeć na odbicie w lustrze.
wszystko jest jakby inne niż byśmy chcieli.
wszystko się wali.
wszystko boli.
wszystko sprawia nieprzyjemność.
wszystko jest taki, że płakać by się chciało, gdyby się płakać mogło.
Dawno nie słuchałem Tracy Chapman.
Potrzebuję równowagi. Osiągnąłem wiek, że dojrzałem do decyzji, że potrzebuję równowagi
.
Z drugiej strony osiągnąłem wiek, w którym jestem prawie gotowy na odrobinę wyzwania. Ale to raczej nie wchodzi w rachubę. Wychowany w domu, gdzie ryzyko nie było mile widziane, a liczyła się dyscyplina (bez oczywiście przesady), nie należę do ryzykantów.
Pamiętam Białego Kła a może Zew Krwi, a może Martina Edena, a może co innego.
I znowu jedno, wymęczone zdanie. Straszne.
Ważka przelatuje. Ważka czerwona.
Jakiś czas temu skończone, ale na tyle niesamowite, że warte wspomnienia. Nie mniej Watchmen bardziej mnie uwiedli.
A więc na szybko:
- Lorimer albo inna nazwa – zderzenie biedy z bogactwem;
- Simple Case – zderzenie biedy z bezprawiem;
- Hopefullnes – niedopasowanie do otoczenia; oderwanie od korzeni;
W tamtym roku, o tej porze też miałem gigantyczną przerwę.
Przyjechałem do mieszkania rodziców, które stoi w tej chwili puste. W Wawie skarże się na zimę, ale w porównaniu z tutaj w Wawie jest wiosna. Zaparkowałem tylko dzięki pomocy jakiegoś sympatycznego mężczyzny. Jutro jest duża szansa, że będę musiał również szukać pomocy.
Zastanawiałem się chwilę, czy nie pójść na sentymentalny spacer. Zdecydowałem, że nie. Żałuje trochę tej decyzji, ale jednocześnie czułbym się nieswojo błądząc bez celu.
Jak co roku w lutym lekkie przesilenie opanowuje mój organizm. Lekkie przesilenie, lekkie rozleniwienie, lekkie przerażenie, lekkie.
Tęcza grawitacji – podejście 2. Pierwsze miało miejsce lat pewnie z 9 nazad.
Nie do końca wiem dlaczego w ogóle to czytam. Może tylko ten Londyn.
Z dzieciństwa pamiętam opowieść matki, że w czasach studenckich była we wszystkich teatrach na bieżąco z repertuarami. Trochę podobnie było z restauracjami i klubami.
Wychowując się w małym albo oddając sprawiedliwość średnim mieście robiło to wrażenie (zresztą dalej robi, jak już mieszkam w dużym mieście). Tym bardziej, że w mieście nie było teatru.
Teraz już mieszkam ponad 10 lat w dużym mieście pełnym teatrów i pomimo stałego planu, żeby odwiedzić je wszystkie, to nadal mi się to nie udało.
Nie mniej ostatnio postanowiłem na nowo wrócić do obietnicy danej dawno temu sobie, żeby nawiedzać teatry z jakąś, nawet niewielką, regularnością teatry.
Ponieważ aby przełamać się potrzebuję sprzyjających warunków, to wybrałem na początek teatr o najwygodniejszych parametrach – TN.
Nie jest to wprawdzie awangarda jak TR, do którego zawitałem kilka lat temu klika razy, ale i tak na tle ostatnich trzech wizyt potrafił zaprezentować szeroki wachlarz: Ożenek, Marat/Sade oraz dziś Iwanow.
Z tej trójcy najbardziej trafił do mnie, w tej chwili mojej duszy, Iwanow. Przedstawienie w reżyseri Jana E. Świetny skład aktorski [o dziwo Stenka już w drugim z rzędu przedstawieniu do mnie nie trafiła, choć zdecydowanie bardziej mi się podobała w M./S.; uwiódł mnie Frycz, którego zawsze, niewidzieć czemu lubiłem, ale który na początku przedstawienia jakby drętwy, nieporadny, zagubiony w swej postaci tak zagrał, że zapomniało się, że to Frycz; no i cudowna Seniuk w najbardziej komicznej obok Hrabiego postaci, samo wejście powodowało u mnie rozbawienie; bardzo interesująca również w roli Saszy Patrycja Soliman (zastępowała w tej roli Karolinę Gruszkę, chciałbym zobaczyć kiedyś to przedstawienie z Gruszką, bo mam wrażenie, że byłoby inne, ale nie wiem, czy lepsze; a oprócz tego piękna i komiczna Szapałowska; Gajos, Łapicki, Stelmaszyk). Świetna sztuka Czechowa – śmiech przez łzy.
1. Za oknem śnieg. Ciekawe czy jeszcze więcej padał w trkacie dnia. Nie miałem chwili refleksji, żeby spojrzeć przez okno.
2. PHA odchodzi z firmy.
3. W tamtym roku o tej porze zacząłem czytać Sobotę. Uwiodła mnie.
Czytam go już tak długo, a jak przyszło do nazwania czegoś Lutym, zapomniałem, że tak się nazywa.
Na wschodzie bez zmian. Zaraz poczytam, żeby się dowiedzieć, kto zdobył złote globy.
Przełamałem barierę lodu w Lodzie i zmierzam szczęśliwie do końca. Aktualnie jestem na spotkaniu z Piłsudskim.
Powinienem…
Chciałbym…
Robię co innego.
Wieczorkiem skończyłem przeglądać. Teraz jeszcze w pracy, ale zastanawiam się co wybrać. Choć sterta na około 1 m, to pozytywnie na nią patrze
.
Wieczorkiem skończyłem przeglądać. Teraz jeszcze w pracy, ale zastanawiam się co wybrać. Choć sterta na około 1 m, to pozytywnie na nią patrze
.
miałem napisać o czymkolwiek. Tytuł miał być GIS, ale się go przestraszyłem. O Barbarze nie chcę pisać. Co najwyżej mógłbym o W.G. Sebaldzie, ale jakoś nie chcę.
Po długiej przerwie wracam do Myśliwskiego. Z zapomnienia wydobywa się jedynie kilka klisz: mgła, ośrodek, pożar, szkoła, nauczyciel muzyki, saksofon.
Byliśmy nad morzem w B. Cudowna pustka, brak turystów, a w zasadzie, to brak żywego ducha. Cudowne.
Byliśmy na obiedzie w Sopocie, w restauracji Pinokio, bo I. chciał naleśniki, a te mocno były podkreślone w reklamie przy wejściu. Totalna, całkowita porażka. Ostatnio tak kiepskie jedzenie znalazłem w knajpce na Rynku Nowego Miasta w Warszawie. Mam nadzieję, że knajpa już nie istnieje.
Wczoraj miałem początek przesilenia jesiennego – byłem ogarniety furią, przeniknięty strachem i miałem nadzieję, że jednak to przetrwę.
Wybiorę się dziś do EMPiK-u po HerzTier.
ale musze już uciekać do domu, gdzie znowu mi się nie zechce.
, że czemukolwiek jestem w stanie podołać.
Znowu w żołądku Las Vegas, a głowa mnie strasznie łupie.
Mam wrażenie, że jestem najgorszy z wszystkich. Totalne dno. Czuje, że się staczam.
Muszę wziąść kredyt. Umowa ma być juz jutro gotowa.
Wrocław – brat M. pojechał do pracy do Wrocławia; ciekawa zmiana; zmarła Barbara skraga, jej jak i wielu z jej pokolenia wojna i zawierucha po wojnie przerwała zycie, karierę; czasami zastanawiam się, jak bardzo zostałem zniewolony przez codzienność, przez obawę o strate możliwości kupienia towarów delikatesowych, obawę o to, ze będe miał o X m2 mniejsza sypialnie;
Po latach znalazłem siłę i samozaparcie, żeby zacząć czytac ksiązki kupione jeszcze na studiach; A. uwaza, że się marnuję w pracy; sam się zastanawiam, czy nie przekroczyć drzwi otwartej klatki, z której boję się wyjść;
No i na dzisiaj tyle.
Kiedyś, może jeszcze przed chwilą, ale chyba już nie teraz.
Dlaczego to piszę?
Dlaczego jeszcze siedzę w pracy?
Dlaczego zadzwoniłem do A.?
Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Potrzebuję kontaktu z pożądnym kawałkiem prozy. Czytam teraz "Podróż do Włoch" Iwaszkiewicza. Czyta się dziwnie, szczególnie, że nie czytam tego z typową ostatnio dla mnie hyperlinkowalnością.
Chaos.
Mam przepełniające mnie uczucie utraty kontroli nad swoim życiem.
Żyję bezwiednie – do tego stopnia, że jestem w stanie pójść do sklepu zrobić zakupy, zapłacić za nie i je zostawić; pójść do kawiarni złożyć zamówienie, zapłacić i zapomnieć, że już zapłaciłem. Czy to objaw jakiejś choroby?
Zastanawiam się, co jest dla mnie ważne, dlaczego chce się poświęcać. Dotychczas jasną odpowiedzią było dla mnie, że chcę się poświęcać, ale teraz wcale nie wiem, czy chcę. Dotychczas zmęczenie opanowywało mnie jedynie w domu. Teraz również w pracy.
Chcę odzyskać kontrolę, ale mam coraz silniejsze przekonanie, że to nie możliwę. Jestem przemęczony, chyba, albo zaczynam wątpić w sensowność otoczenia.
I nawet mój proces chudnięcia wypadł z torów powodzenia i obija się między porażkami.
Wydaje mi się, że byłem osobą, która jest obowiązkowa i sumienna. Ale teraz…
Staram się rozruszać po latach zastoju poprzez wyciszenie.
Zmęczony:
1. przepełnia mnie natręctwo
2. zapomniałem numer rejestracyjny samochodu
3. błąkam się po sklepie i impulsywnie kupuje
4. chce się przytulić i zwymiotować rzeczywistość
Notabene sklepy typu e-mpik tracą rację bytu. Są jak bary w małych miastach, gdzie chodzą smakosze tego samego zjałczałego piwa od lat. Nie ma w nich polotu.
Tyję, wyję i nie mogę się odnaleźć.
Zacząłem nową Janion. Nie wiem jeszcze co sądzić.
1. Znowu ponad 3 miesiące przerwy.
2. Fantom – zastanawiałem się przez chwilę, o kim to (czy na pewno dobrze sobie przypomniałem?).
3. Po raz kolejny potwierdzam, że jestem głeboko aseksualny. I dobrze mi z tym.
Ostatnio swoją odrobinę czasu przeznaczam na QAF. Ale tak mi tęskno za Istanbułem.
Cassandra W. w samochodzie jak postrach pozwoliła mi odkryć Radio Roxxy. Czy to jest stacja Agory?
Zaczynam podejrzewać, że jestem konserwatywny. Zbliżają się wybory prezydencki (tylko rok
), a ja z szaleństwem w oku odkrywam, że wolałbym zagłosować na Lecha niż na Kaczora Donalda. Dlaczego? Może zawsze byłem za słabymi, pokrzywdzonymi i przegranymi.
Jestem na diecie i czuję się z tym dobrze. Jak schudnę tylę ile planowałem to zacznę uprawiać jakiś sport – może regularne współżycie?
Zwątpienie wdziera się w nowicjusza nowego wyznania.
Zmęczony. Chcę do domu. Za chwile wyłącze komputer, spakuję się, zejdę do samochodu, pojadę do domu.
Sobota czeka i się nie doczeka, przynajmniej dzisiaj.
Dexter – może jemu się jeszcze uda, ale to nie zalezy ode mnie.
W Warszawie mgła. Osobniki jeżdżą na światłach przeciwmgielnych, choć chyba tylko po to, żeby zaliczyć mandat.
I. ma straszną chrypę, ale lekarz mówi, że nic mu nie dolega i przepisał antybiotyk.
Ja jeszcze kaszlę, ale lekarz mówi, że nic mi nie jest i mam tylko brać tabletki na kaszel rano i tabletki przeciwko kaszlowi wieczorem.
A. jest zdrowa, ale lekarz uważa, że jest chora i przepisał jej antybiotyk.
Czuje się w tej rzeczywistości dość surealistycznie.
Myślę o Sebaldzie.
Chce obejrzeć Dextera.
M. ma jednak problemy z woreczkiem.
Dlaczego nikt się nie przejmuje, że on nie je? Chodzi mi o Ciebie!!!
Pierwszy raz praktycznie odkąd zacząłem pracować byłem na zwolnieniu lekarskim i zrozumiałem, że pociąga to za sobą konsekwencje finansowe.
Chcę, żeby znowu zaczęło mi się chcieć.
Czy tomożliwe, że I. ma alergię na tulipany? Jeśli tak, to i może moja choroba jest pochodną jakiejś alergi, co by potwierdzało tezę W.. Nie wiem. Niemniej wyrzuciłem tulipany, a w zasadzie to wyeksmitowałem je poza drzwi.
Jestem zestresowany i wieczorami oraz rano mam stany lękowe. Potem jak już się rozkręcam, to jest całkiem ok.
Planowałem pójść spać wcześniej, ale jednak się nie udało.
Pierwszy dzień w pracy po bardzo długiej przerwie. Poranne wstawanie tak bolesne, tak bez sensu. Kompiel w pośpiechu. Odśnieżanie samochodu. Przybycie do pracy chwila po czasie. Przeglądanie maili, tasków, spotkania. Szybki powrót do domu. Domowe obowiązki. Obejrzenie Dextera. Minuta na napisanie tego. Szklanka wody z czajnika oraz sokiem malinowym (lekarz zalecił dużo pić). No i chwila na poczytanie przed snem.
1. Tommbble
What is says about you: You are an intelligent person. You appreciate the roughness of nature. You feel closer to people when you understand their imperfections. People depend on you to make them feel secure.
2. Sobota – aczkolwiek jeszcze dzisiaj mnie nie uwiodła
3. Katyń – przeczytałem opinię krytyka NYT na ten temat i połechtał mnie fakt, że to Critical Pick. Dlaczego jednocześnie mnie to martwi? Bo, pachnie to nacjonalizmem oraz fanatyzmem.
Czytam Sobotę. Niesamowita, jak zawsze skoncentrowana na chwili proza angielska. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę jej ulotne powiązanie z Panią Dalowey – znowu historia jednego dnia, znowu jakby przyjęcie, znowu oczekiwanie na przyjazd kogoś niezwykłego, znowu Londyn przesiąknięty wielkim oczekiwaniem. A jednak to ulotne powiązanie i to bardzo, bo u Woolf najważniejsze jest przeżycie wewnętrzne, wydarzenia zewnętrzne są blichtrem. Tutaj cała atmosfera zagrożenia terroryzmem jest motywem przewodnim całej opowieści. I bohater – tam kobieta, która przeżywa swój dawny romans, ti mężczyzna, który jest zakochany w żonie.
A poza tym wciąż jestem chory. Ogarnia mnie przerażenie czasami, które zapanowały (wczoraj dostałem informację, że w najbliższym czasie moje wynagrodzenie ulegnie zmniejszeniu, i ze powinienem się cieszyć, że nie zostaję zwolniony).
Miałem się czuć lepiej, a czuje się trochę gorzej. A biorę antybiotyk
.
Przy okazji poznaje uroki pracy z domu – podoba mi się, że:
1. mogę się zerwać z łóżka 5 minut przed rozpoczęciem pracy.
2. mogę siedzieć w łóżku (aczkolwiek siedzę tylko dlatego, że jestem chory).
3. W mniejszym stopniu jestem niepokojony.
Najgorszę w tej chorobie jest to, że czuje zmęczenie (przyczyniam się do niego późnym zaśnięciem) i przygnębienie, bylejakość i niejakość.
Jakie to dziwne uczucie być chorym, szczególnie, gdy choroba wypada po niespodziewanym urlopie.
W zasadzie to czuje się całkiem dobrze, nie licząc kaszlu. Siedzę zaś w domu, bo po dwóch tygodniach urlopu, który przechorowałem udałem się do lekarza, a ten orzekł, że najprawdopodobniej mam zapalenie płuc.
Teraz staram się pracować z domu, ale przychodzi mi to z trudem. Bardziej psychicznie mam blokadę niż fizycznie.
Zastanawiałem się ostatnio nad atrakcyjnością, nad tym, że moje wyobrażenie mnie jest całkowicie odmienne ode mnie fizycznego. Ogólnie podsumowałem te rozważania tym, że jestem nieatrakcyjny. O zgrozo stwierdziłem, że nawet gdybym był atrakcyjny to nic by to w moim zyciu nie zmieniło. Koszmar i teraz muszę się odchudzać, bo nadwaga zdecydowanie nie służy mojemu zdrowiu, a za tym odchudzaniem nie idzie nic romantycznego.
A propos atrrakcyjności – w samolocie oglądałem Burn after notice braci Cohen – film, który w sposób genialny bawi się steorotypami, w tym atrakcyjnością.
Byłem wczoraj w teatrze na sztuce 39 stopni – farsa jak z Teatru Kwadrat oparta na Północ/Północny Wschód Hitchkoka. I na tym skończę, bo fars nie lubię, byłem chory i senny i średni się bawiłem.
Pytanie po co w ogóle tam się pojawiłem, po co wydałem kupę szmalu na to przedstawienie, po co cisnąłem się jak sardynka w puszce na przedstawieniu, które z założenia mi się nie podobało.
Oczywiście pomysły niektórych rozwiązań scenicznych były dla mnie nowe, ciekawe i pouczające. Ale pewnie dlatego, że na farsy nie chodzę i nie wydają się mi one zurzyte.
Przeziębienie opanowało moj ciało. Podkaszluje, lekko boli mnie gardło i mam delikatnie zapchany nos. A żeby było ciekawiej, to jestem na urlopie.
Przeziębiłem się zapewne w zeszłą niedzielę, jak wracając ze Złotych Tarasów wiechał mi w kuper jakiś gość. Wyszedłem zdenerwowany i zgrzany, no i przeziębienie murowane jest.
Nie jestem tak chory, żeby marzyć tylko o łóżku. Niemniej nie jestem tak chory, żeby nie tęsknić za wyjściem z domu. Co gorsze wczoraj, gdy powinienem zdusić to cholerstwo w zarodku musiałem pobłąkać się po mieście, bo nie miałem prądu i musiałem kupić wtyczkę. No i skończyłem czytać Piąte dziecko, więc nie miałem już nic do czytania. Musiałem więc wyjść.
Wiało straszliwie, szczególnie mocno na moście. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mnie przewiało, najbardziej ucierpiała głowa schowana pod czapką, a jednak przewiana. Na mieście nie delektowałem się spacerem, bo w tym mrozie, to średnia przyjemność, choć może nie mróz a wiatr najbardziej daje w kość. Więc z jednej stacji na drugą, szybko do sklepu i jeszcze chwila, a w zasadzie dwie godziny, żeby zobaczyć drogę do urzędu.
Świat w wagonikach metra taki odmienny, od moich ostatnich doświadczeń. Odzwyczaiłem się komunikacji miejskiej. Jazda samochodem rozleniwia, nie daje tylu bodźców i jest strasznie wygodna. Jazda komunikacją miejską jest nijakim wyzwaniem, a kiedyś kochałem te przejażdżki. Wszystko płynie.
Ludzie w wagonikach metra dzielą się na kilka kategorii:
1. Czytam więc jestem. Zazwyczaj sam należę do tej grupy. Nie mniej ostatnio wszystko się u mnie zmieniło. Czytanie to przyjemność ekskluzywna, wymagająca skupienia. Czytanie w biegu = fast food. W biegu można więc czytać coś lekkiego, coś przyziemnego, coś banalnego. Czytanie czegoś ważnego, pięknego, niezwykłego w biegu, to jak jedzenie przepysznej cielęciny w sosie beszemelowym z kaszą gryczaną i karczochami zwiniętą w papierze i podaną w drive in.
2. Słuchających muzykę, zawsze z iPoda lub iPhona.
3. Nowa kategoria – oglądający filmy na przenośnych odtwarzaczach – zazwyczaj również Applowatych.
4. Wykonujących inne czynności np. robiący na drutach, rysujący.
5. Bezmyślnie siedzący oraz Głęboko zamyśleni – w jednej kategorii, bo niemożliwym jest rozróżnienie.
Czas na krótkie podsumowanie jakim jest każda podróż.
Ojcze, czuję pustkę. Wypełnia mnie ona i nie potrafię ją zapełnić, zapchać, gdy me życie pochłania drobiazgowość codzienna.
Nie wiem czemu w trakcie tego jak to pisałem przed oczyma pojawiła się SKAZA.
Oglądałem dziś REZERWAT. Rzeczywiście świetna Sonia Bohasiewicz. M. wprawdzie powiedział, że prosto było zagrać taką rolę. Jednak ja tak nie sądze. Jest coś w tej kobiecie takiego co sprawia, że wierzy się jej. Jej gra nie szarżuje ani w stronę pastiszu kurewki, ani w stronę filmu propagandowego, co z człowieka robi wóda i świat bez końca. Oczywiście, że można było inaczej, może nawet lepiej, jednak nie w tym scenariuszu i nie przy takim partnerze.
Świat REZERWATU mam praktycznie na wyciągnięcie ręki, choć nie w wersji praskiej, ale w wersji wolskiej. Mój świat i świat REZERWATU nie spotykają się, no może poza sytuacjami jak ze snu fotografa – turysta, który z okien taksówki, chce poczuć dreszczyk emocji, muzealnik, który patrzy na eksponaty za szybami i przez szyby.
I ten straszny język, ta mowa pełna wulgaryzmów. Dla mnie, filmowego paryskiego pieska z drugiej strony Wisły, język bolesny. Mnie już, a może nigdy język wulgaryzmów nie uwodzi.
Można i więcej, ale po co. Inni napisali pewnie i więcej i ciekawiej, o samym filmie.
Żeromski
1. Miszkałem w bloku spółdzielni "Przedwiośnie".
2. "Syzyfowe prace". "Ludzie bezdomni". Czy "Siłaczka" jest Żeromskiego? Symboliczna rozerwana brzoza. Czy to była brzoza?
3. Chciałęm napisać o domu, w którym się wychowałem. W zasadzie było to miszkanie. Gnębi mnie niemoc wyboru właściwego dopełnienia. Pierwotnie miało być napisane: "domu rodziców", jednak dzieciństwo to nie jest czas moich rodziców, to czas dziadków. Więc może lepiej napisać: "domu rodzinnym". Jednak to by oznaczało, że również moim domu, a ja czuje chłód emocjonalny do tego miejsca, a może bardziej ścianę myśli, fizyczną barierę w mózgu, która izoluje mnie od tego fizycznego miejsca. Mój brat sprzeciwił się sprzedaży mieszkania, bo był z tym miejscem zbyt mocno związany, a ja nie czuje nic. To był dom moich dziadków. Moi rodzice budują w zasadzie mentalnie nowy dom i tamto miejsce, z którym zupełnie fizycznie nic mnie nie łączy jest mi zdecydowanie bliższe. Zdołałem nawet związać z nim trochę świerzych wspomnień.
4. W domu dziadków, w korytarzu było zdjęcie nadmorskich wydm porośniętych brzozami. Czy to wystarczy, żeby brzozy stały się moim ukochanym drzewem. A może ich łatwość odróżnienia sprawia, że ja totalny abnegat (czy to właściwe użycie tego słowa?) w świecie drzew pokochałem je za tą ich cechę, która je tak bardzo wyróżnia.
5. Kupowałem dziś buty. Miały być czarne i nie epatujące sobą. Jednak wszędzie były takie niejakie buty, buty, które nie były w stanie mnie uwieść. Buty przeciętne, szre, jak chińczycy w czasie po ewolucji kulturalnej. W końcu trafiłem na buty identyczne do moich chińczyków z szafy.
6. Chodziłem po centrum handlowym i przyglądałem się ludziom. Jacy oni wszyscy nijacy, brzydcy. A ja?
7. Czy piękno ma w ogóle znaczenie? Piękno, a może atrakcyjność fizyczna?
8. Lubię ludzi ładnych. Jestem jednak przerażony jak do I. mówią: Jest piękny. Czy rzeczywiście jest? Nie potrafię tego ocenić. Na pewno nie jest brzydki, może nawet nie jest przeciętny, ale czy jest piękny? Czy ma to znaczenie? Czy to pomaga w życziu, czy raczej przeszkadza? To pytanie jest bez sensu. Wiadomo, że pomaga. Ludziom brzydkim jest źle, są nieszczęsliwi, ich dzieciństwo to koszmar albo złudzenie. Smutek z czasów, które powinny być radosne przeobraża się w życiu dorosłym w potwory. A może to wszystko steorotypy.
9. Skończyłem czytać "Katedrę w Barcelonie". Powieść jest romansidłem, intelektualnym sado-maso. Melodramtem wciskającym łzy w fartuchy kur domowych. Czytało mi się bardzo dobrze. Czekałem na wydarzenia. Polubiłem kukły bohaterów. Czytałem, bo zafascynowała mnie Katalonia, bo zafascynowała mnie Barcelona, bo urokliwie nasiąkałem wiedzą o średniowieczu w tym zakątku morza Śródziemnego. Przed tą powieścią nie wiedziałem jak wyglądał w szczegółach proces tworzenia się państwowości hiszpańskiej, o ile o takiej można mówić. Nie wiedziałem, ze Katalonia przez chwilę dominowała w basenie morza śródziemnego.
10. To tak jak przed Sebaldem nie wiedziałem, że dorsz jest tak wielki.
W.G.Sebald przebudził mnie, podjarał i nakręcił. Jak on smakuje, Żeby nie przedawkowac musiałem sobie zrobić przerwę.
Skończyłem po długiej przerwie Budenbooków.
Lód nie chce się topić, wciąż mroźnie oczekuje swego końca.
Fediman już tak nie straszy. Dojrzałem do niej.
Ostatni razzaglądałem tu pół roku temu. Niby dużo, a niby tak malutko. Czuje jednak, jakby mentalnie minęly dziesiątki lat.
Zacząłem patrzec na przeszłość refleksyjnie.
Przypominam sobie wydarzenia z przeszłości, gigantyczne wyzwania, prawdziwe przeżycia i odczuwam takie małe nic.
Żyję. Moje ciało dotyka zrąb czasu. Jego niedoskonałość, nieperfekcja mnie kręci. Akceptacja swej słabości, swych wad nadaje smaku innym ciałom.
Kończę. Wyłącze komputer i pojadę do domu.
Cieszę się na weekend.
Za dużo kofeiny, zarazki jakiejś choroby we mnie są.
Tyję, wyję i czekam na zbawienie.
Siedzę w sali po szkoleniu. Szkolenie było kiepskie. Haos.
Myśli już od dawna mnie opóściły. Pusty umysł czeka na wypełnienie. Brak mi pomysłów już czym.
Choroba. Powoli coś mnie męczy.
Suma. Niecenzuralne słowa cisną się na usta.
Dżuma w Breslau [Tak trudno przechodzi mi przez usta Kocham Cię.]
ad tytuł) Nie wiem co sądzić o Ex Libris. Z jednej strony fascynuje, a z drugiej głęboko odtrąca. Odtrąca swoim zadufaniem. Troszeczkę podobne wrażenie jak w przypadku Wilka, gdzie czasam autokreacja i zmiana praw fizyki na krążenie wokół pępka autora odrzuca od ciekawej zabawy, intelektualnej rozrywki.
ad przeszłość) na zachodzie bez zmian.
17:32 [Gorące tematy, które sa mi kompletnie letnie - Sarkozy, lustracja, Mirosław G.]
Zmęczony i nadal nie zainteresowany.
New Beginin jeszczo raz [Wiosna tchnęła we mnie odrobine energii. Długi weekend spędzony
wpawdzie w połowie w pracy i tak dał mi szanse odkopania się,
wypuszczenia liści na zewnątrz. Uśmiecham się.]
Czytam Ex Libris Ann Fediman. Rozpustny, hedonistyczny intelektualny fine de sicle. Przyjemność erudycji sama dla siebie. Ta książka jest zepusta do cna. Gdyby spalano książki na stosie, to ta powinna pójść jako pierwsza.
I przynosi przyjemność czytania i jednocześnie napawa niechęcią. Przy czym te uczucia są artykułowane przeze mnie dopiero teraz, gdy je piszę. Musze chwilę o tym pomyśleć.
Ostatnia wieczerza ["
Moje soboty pozwalają mi przetrwać."].
Tak wiele szumu dokoła. Nie potrafię go stłumić. Umysł szalenie chłonie, że aż mózg pęcznieje. Nie ma ucieczki od szaleństwa.
1. Zmieniłem szablon na blogu.
2. Wciąż się zmieniam.
3. Wciąż szukam miejsca w świecie.
4. Świata nie rozumiem.
5. Rozum mam malutki.
6. W zasadzie to nie wiem co mam a czego nie mam, bo brak mi odwagi do zmierzenia się z samym sobą.
7. Za bardzo jestem zaabsorbowany sobą.
8. Jestem, ale gdyby mnie nie było nie zauważono by różnicy.
9. 6 mln zabitych roi różnicę.
10. Zastanawiam się czy już mnie zabito, czy wciąż jeszcze trwam.
11. Trwani, czy to jest sensem mojej egzystencji?
12. Egzystencjonaliści są już mitem pop kulktury.
13. Pop kultura mnie stworzyła.
14. Czy byłby innym człowiekiem gdyby stworzyła mnie kultura wysoka?
15. Jaka jest różnica między pop kulturą a kulturą wysoką?
16. Jaki jest w ogóle cel kultury poza zawracaniem mi głowy?
17. Odczuwam pustkę w głowie.
18. Chciałbym to wykasować, ale tego nie zrobię.
Dwieminuty po czasie, więc w jak zawsze w wiecznym niedoczasie. a jednak wczoraj i przedwczoraj i jeszcze wcześniej bezproduktywne trwonienie czasu na nic.
Wczoraj przed snem pomyślałem, że mimo pozornego wrażenia jakie sprawiam (a może i tak czuje) wcale tak łatwo sie nie aklimatyzuje. Potrzebuje sporo czasu, żeby się dobrze wpisać w kontekst.
Znowu śniłeś mi się tym razem w dwóch osobach. Fizycznie rózny, ale wiedziałem, że to ty. Jeden chudy, prężny, nerwowy a drugi ciepły, puchaty, milusi. Jeden zołnierzyk ołowiany, drugi pluszowy miś. Jeden nieokiełznana ambicja, drugi nieograniczona ciepłota. Dawno mi się nie śniłeś.
Okres oczekiwania zagęscił się. Dzisiaj trzeba się wybrać na zakupy.
Czasmi odczuwam przesycenie otaczajacym światem. Wyłaczam radio i jeżdże łudząc się, że dzieki temu bede mógł lepiej, pełniej kontemplować świat. No cóż nie do końca tak jest. Ot po prostu tkwie wtedy w ciszy i myslę, jak długo bede tkwił jeszcze w tej ciszy.
Wow. Zmiany. Zmiany. zmiany. A ja bym chciał choć na chwilę zatrzymac się i pomysleć. Ale biec trzeba.
Mam 6 minut do początku dnia. Do pracy jechało się jako tako. Już mniej puszczają mi nerwy w ulicznym korku, ale jednak nadal nie jest dobrze. Nasza spółdzielnia sprzedaje w przetargu miejsce parkingowe. A. chce żebyśmy spróbowali. W zasadzie nie mam wyboru, ale nie mam wielkiej ochoty też wydać całych naszych oszczędności. Ale z drugiej strony jaki w tym zmysł. Obok W. siedzi chory. Pewnie się zarażę i na święta będę chory. Może to i lepiej. Muszę napisać mail do R. i A. żeby dać im argumenty dla nagrody dla J. A może to zbędne. Nie wiem. nic nie wiem. Czuje się jak Hunt z Czarnych Oceanów – niezdolny do podejmowania decyzji.
Jestem w pracy. Jeszcze 6 minut, które dedykowane są na prywatne zajęcia. Staram się jasno dzielić prace od domu. Nie zawsze jednak się da. Czasami w pracy przyciśnięty okolicznościami załatwiam drobne sprawy domowe, czasami w domu cały weekend zajmuję się pracą. Nie o tym jednak chciałem pisać. Chciałem napisać, że czuję się dziwnie, że z jednej strony bardzo chcę, a z drugiej nic mi się nie chcę. Nie wiem czemu tak jest. Może to syndrom poniedziałku. I wieczorem wizyta Pana Dominika, który będzie mnie przekonywał do ubezpieczenia się na życie, który będzie opowiadał jak ludzie szybko odchodzą. A M. miał zapalenie jelit.
Fizyczność w tak banalny sposób przypomina o miałkości tego konstruktu jakim jestem.
Jutro Mikołajki. Prezenty kupione i przekazane tydzień wcześniej. Nikt nie miał siły czekać.Trzeba już myśleć o prezentach gwiazdkowych. Zakupy, które w tym roku, przy odrobinie nadziei nie zrujnują budżetu.
Człowiek nawet nie wie jak i kiedy zostaje zmuszony skierować swoje myśli np. na taki Wołomin. Miasto położone na wschód od Warszawy. Miasto, o którym słyszało się w dzieciństwie w kontekście mafii. Miasto, które jest ok. 22 km od domu i do którego podobno jedzie się 35 min, co zakrawa o bzdurę biorąc pod uwagę, że z domu do pracy, a jest to tylko 10 km jadę ok. 35 min, a nie przedzieram sie przez Wisłę i nie obserwuję Pragi. Nie mniej może to być ciekawe. Od jakiegoś czasu myślę o Pradze, jako miejscu potencjalnego zadomowienia. Nic w tym kierunku nie robie, ale może akurat kilka podroży do Wołomina będzie potrafiło to zmienić. Czy tam są zakłady mięsne?
Czasami w umyśle zaświta myśl, która nie pozwala zasnąć. Tratuje myśli jak mucha, która wpadła do pokoju w ciepły letni dzień i pozwala cieszyć się sjestą. Nie pozwala na nic. nieracjonalnie dopomina sie uwagi, na którą nie zasługuje i o zgrozo ja uzyskuje.
Nie wiem dlaczego, ale chce jak najdłużej mieć związek z tą rodzina dlatego poszukuje nawet i półrocznych przerw w kontaktach z nią. Troszeczkę żyję jej życiem jak i ona swoim. Wydarzenia docierają do mnie skondensowane z okresu kilku miesięcy lub kilku lat w odstępach kilku miesięcy lub lat. Dzięki temu nasza więź będzie dłuższa. Czy to już miłość czy tylko oczarowanie. Może po prostu zwykła zwyczajna, uprzejma znajomość. Na razie ją przerwałem pozwalając aby dukaj wszedł swoim buciorami w mój mózg. To już inna pieśń, którą nie do końca mogę emocjonalnie oswoić, bo z jednej strony fascynuje, a z drugiej odpycha banalnościś.
Zawsze szanowałem protestancki stosunek do życia, który był zaprzeczeniem katolickiego stosunku do życia. Oczywiście pisząc to mam świadomość, że mówię o własnych stereotypach. Własnych, bo kreowanych trochę jakby obok stereotypów ogólnie przyjętych. Szczególnie ważne jest to, że uważając się za dziedzica północnej kultury i protestanckiego ducha przypisywałem temu stereotypowi aż nadmiar pozytywnych cech. Najśmieszniejsze jest to, że wywodzę się z najgłębszego południ północnego kraju, a na dokładkę z regionu przesiąkniętego do szpiku kości katolicyzmem. Bliżej mi do Białorusi niż do Finlandii. Nie mniej czytam Buddenbrooków z wielka przyjemnością.
Po długiej przerwie wracam znowu do Budenbroków. Książka była za ciężka żeby wziąść ją na wyjazd wakacyjny, a po wakacjach jakoś było mało czasu, jakieś inne niepokoje, jakieś inne książki, z których pamiętam tylko dwie, a może ich tylko tyle było? No w każdym razie powracam i jeśli mnie od nich nic nie oderwie to będę z nimi żył dość długo.
Na poniedziałek zostałem umówiony z doradcą finansowym – ani tego nie chcę ani tego nie potrzebuje, ale osaczony musiałem sie poddać. Od znajomych już wiem, że Pan jest niemiły, napastliwy i żąda namiarów na znajomych. Wiem, że to jego praca, ale jak mogę rozmawiać z kimś do kogo nie mam zaufania?
Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy ambicja kazała mi być na bieżąco ze światem, który mnie otacza czytałem dramat Koland albo Miś Koala albo inaczej. Miał wyrażać emocje stanu wojennego. Był pouczający, jakieś emocje wzbudził, ale być może nie dojrzałem do większych przemyśleń. Teraz ze stanem wojennym kojarzę głównie opowiadanie Tokarczuk o profesorze brytyjskim w Warszawie. Kojarzę, bo było mocna estetyczną kreacją, taka wręcz teatralną a może muzealną. Jednak najmocniej podziałał na mnie Gottland Szczygła. Emocjonalny dystans do wydarzeń, jakie miały miejsce w Pradze, a były tak analogiczne do naszych pozwala pomyśleć.
Albo to jest dobrze przeze mnie zapamiętany tytuł albo nie. Nie mniej jeśli poprawnie, to go nie rozumiem. Być może jest jak z Chrystusem Goldinga, który stał się Chytrusem albo z Kobietą płaczącą przez pustynię, która po wnikliwym przeczytaniu zamieniła się w idącą. Ale nie chce szukać poprawności, chce trwać w błędzie, bo jest on ciekawszy niż prawda. A zresztą wiadomo to kiedy miałem rację, może ten Chytrus był jednak Chrystusem, a kobieta rzeczywiście płakała przez pustynię. Nie mam czasu, żeby żyć w innym niż błędnym przekonaniu. A teraz w gorączce kończę, żeby zacząć oszczędzać czas na jutro, żeby było prawdziwiej.
Czytam Szczygła i zaczynam powoli przypominać sobie umiejętność myślenia. Pomogła może w tym nerwowa sytuacja, a może stres, bezsenność albo inna potwora. No nic mam nadzieję jedna, że się nie mylę i zaczynam znowu powoli myśleć. A może znowu to tylko złudzenie, które tylko na chwilę poprawi moje samopoczucie, by jak oko cyklonu wpakować mnie w jeszcze gorszą pustkę, umysłowe lenistwo lub inną rozpaczliwą sytuację.
Z rzeczy bardziej przyziemnych – zaczynam współczuć PiS. Gdzieś podświadomie najsilniejszym moim uczuciem jest pomoc słabszym. Dlatego chciałem zostać adwokatem. Dlaczego jednak nie zostałem?
Staram się uporządkować swoje życie. Napisawszy to zdanie dochodzę do wniosku, ze jest pompatyczne i żałośnie bez znaczenia. Prawdą jest, że staram się, prawdą jest też, że porządkuje, ale czy te dwa działania mają coś wspólnego z życiem, to tego już nie wiem. Na pewno wiem, że muszę zacząć wszystko robić bardziej świadomie, że na długą metę nie pociągnę już tak żyjąc ad hoc. Nawet nie chodzi, o to, że tak żyć nie można, ale na pewno jest tak, że tak się nie da żyć w pełni. Uwielbiam abstrakcje i uwielbiam w niej się poruszać. Boję się rzeczywistości i boję się w nią wkroczyć. Od dziecka miałem zakaz marzyć. I nie marzę.
Pośpiech. Dużo drobnych spraw zatruwających rytmiczny układ dnia pracy. Całodzienne spotkania. Strzępki informacji, na podstawie których należy zbudować obraz świata. Dorotka w krainie Oz. Alicja w krainie czarów. Albo poważna rzeczywistość polityczna. Pewien profesor powiedział kiedyś, a ja mu nie wierzyłem, że nie da się robić czegoś z doskoku. Praca, życie ma sens, gdy się w tym prawdziwie i na maksa zanurzasz. Czy życie ma sens, jeśli się w nim żyje jak w narkotycznym transie? Czy koszty są takie same, jak koszty uzależnienia? Czy jesteśmy ćpunami tyle, że w garniturach? Czy jak oni jesteśmy godni potępienia?
Skończyłem Niesamowitą Słowiańszczyznę. Publikacja ta była jak wiadro ożywczej wody na mojej intelektualnej pustyni. Piszę wiadro – pustynia, bo jest to ziarnko piasku wśród miliona, jakie powinny mnie zasiedlić. Czuje z jednej strony ogromną przyjemność kontaktu z czymś tak dla mnie świeżym i odkrywczym a z drugiej straszliwą jałowość. Ogólnie czuje się tak jakbym był porażającą ziemią jałową, pustynią w którą wlano na ślepo tysiące wiader wody. Być może czas po ujarzmieniu mitu na systematyczną pracę u podstaw, na zakrzaczanie pustyni, na odbieranie jej władzy metr za metrem. I choć jest to syzyfowa praca, to jednak…
Niesamowita Słowiańszczyzna Marii Janion owładnęła mój mały rozumek. Czytam z wypiekami na policzkach. Odkrywam rzeczy dla mnie nowe. Porządkuje stare przeżycia. Zaczynam patrzeć bardziej wyraźnie na zagadnienia, które dotychczas odbierałem bardzo powierzchownie. Cieszy mnie kontakt z troszeczkę zapomnianymi przeze mnie spekulacjami, rozważaniami, rozmyśleniami. Mimo to nadal mi brak słów, brak myśli, które by wyraziły mnie kompletnie, w pełni. Już nie mogę się doczekać, co potem, w co się zanurzę, w czym będę pływał, co będę odkrywał. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenia doprowadziły mnie do Basenu Ozona.
Czy jestem mobilny? Czy jestem otwarty na zmiany? Czy lubię zmiany? Hmm. W zasadzie społeczeństwo tak jak je rozumiem oczekuje pozytywnych odpowiedzi na wszystkie z tych pytań. Taki duch jest trendy. A może to permanentny stan ludzkości, wiecznego pielgrzyma. Mobilność jest zarówno kulturowo jak i rodzinnie zaszczepiona we mnie, aczkolwiek nie jest tak, że mobilność mną steruję, raczej jest tak, że mobilności się poddaję. Płynę z nią w kierunku, w którym mnie niesie i o ile nie kieruje na rafy, to jako tako z nią nie walczę. Migracja jest przejawem mobilności. Oglądając ostatnio Katyń Wajdy myślałem o Skazie Tuli. Książce, sztuce?
Już nie pamiętam gdzie ani tym bardziej kiedy … Hmm. No chyba jednak to był Andersen i opowieść o królowej śniegu. Więc tam rozbiło się lustro na setki tysięcy małych fragmentów. Ale tracę pewność czy to rzeczywiście było tam. Mniejsza z tym. chodzi o to, że czuję się jak takie lustro, takie rozczłonkowane, zgilotynowane lustro. W całości może i bym miał sens, ale taki rozdrobniony jestem tylko piątym kołem u wozu w swym ciele. No w każdym razie ponieważ znalazłem odrobinę całości, która pozwoliła mi to stwierdzić, więc nie pozostaje nic jak próbować szukać swoich cząstek rozsypanych po świecie. A jak je znajdę to spróbować je znowu nie zgubić.
Miałem się zastanowic nad pieknem przyrody, a tu dopadła mnie dzika rzeczywistość.
Wrocław magiczny. Kraków imprezowy. Gdańsk – Waeiser Dawidek – Wałbrzych. Lublin nieodkryty blisko. Rzeszów prowincjonalny. Sandomierz iwaszkiewiczowski. Dwikozy spacerowe. Grójec ustąp pierszeństwa. Łowicz nigdy nieodwiedzony. Szczecin daleki.Poznań niezapomniany. Warszawa moja. Radom Twój.
Tak trudno przechodzi mi przez usta Kocham Cię.
Temat dnia. Wszyscy się z tego śmieją. Wszyscy o tym mówią.
Większość twierdzi, że to bzdura, że RPD nie powinie się tym zajmować, że przecież nikt nie głosi propagandy homoseksualizmu w Tele Tubisiach.
A może tu nie o propagandę chodzi, a o włączanie w wychowanie naszych dzieci odmienności.
Może to celowe zamierzenie tych autorów, tak jak być może celowym powinno być włączenie do Elementarza ludzi różnych kolorów, postaci kobiet i mężczyzn w niesteoretypowych dla siebie rolach.
Być może nalezałoby rozważyć, czy nie powinno się w podręcznikach mówic wprost o świecie odmiennym od tradycyjnego modelu rodziny.
Swiat nie jest czarno-biały, swiat jest tęczowy, a w drukarce czarnoboałej w odcieniach szarości.
Gorące tematy, które sa mi kompletnie letnie – Sarkozy, lustracja, Mirosław G.
Zwariowany świat dookoła. Kogo to interesuje?
Wiosna tchnęła we mnie odrobine energii. Długi weekend spędzony wpawdzie w połowie w pracy i tak dał mi szanse odkopania się, wypuszczenia liści na zewnątrz. Uśmiecham się.
Postanowiłem oprócz częstszego pisania na blogu pisać również do zeszytu. Długopis w reku, co za niesamowita przyjemność.