riga

moje a jakby obce

Moj kochany braciszek zmeczyl sie juz mna i postanowil zostawic mnie samego na pastwe mych mysli decydujac sie na wyjscie ze znajomymi do kina.

Dzieki temu bede mial szanse na coroczny spacer po Miescie. Juz sie ciesze na przejscie spacerkiem, zamiast autobusem przez most nad kanalikiem (most zwodzony, moze trafie jak beda go zwodzic)(ostatnio bylem bardzo leniwy i przejezdzalem przez niego, ale dzisiaj basta lenistwu, w koncu dzis Bastylia padla), w uszach sluchawki, na razie bede sluchal Rachmaninowa, bo postanowilem sie ograniczac i tylko jego wzialem ze soba do domu. Chociaz nie, odwrocilem sie na super obrotowym krzesle mojego kochanie leniwego braciszka i znalazlem na polce z jego plytami nine inch nails: the downward spiral. Mam duzy sentyment do tej plytki(pierwsza i jedna z nielicznych pseudo ciezkich plyt jakie posiadalem do momentu az ktos jak zwykle sobie ja ode mnie pozyczyl i juz mi nie raczyl zwrocic, nawet nie wiem kto, to straszne). Wiec wezme sobie obie plytki (a wiec musze wziasc jakas torbe, o jej moj spacer przeradza sie powoli w wycieczke, no coz), zaczne od nin, a potem moze R., choc docelowo to chce wejsc do jakiegos super duzego sklepu muzycznego i kupic sobie cos nowego, z czym bede wiazac ten spacerek. Podobnie jak w tamtym roku z wizyta u rodzicow kojarzy mi sie sciezka dzwiekowa do filmu (bardzo dobry film, szczegolnie dla tych, ktorzy kochaja brytyjska muze) 24 Hour Party People (piekna plytka, Joy Division (moj kolejny powrot do nich), Happy Mondays (strasznie pozytywne brzmienie), New Orders (nawet przekonalem sie do nich, a zreszta film byl praktycznie o nich), a nawet Anarchy in UK). A w miedzy czasie bede sobie myslal, bede sie gryzl, bede sie dobijal pieknem dookola mnie, a w koncu wyladuje w kinie na jakims niezaleznym, niskobudzetowym filmie. Jak bede mial sily to sie moze nawet wybiore do jakiegos muzeum.

No a teraz jeszcze chwila na internet, moment pod prysznicem i bede szedl.

W tym roku nasze kina zaatakowala choroba wyniszczajaca i bolesna – sezon na ciagi dalsze. Jest to choroba, jak oceniaja specjalisci, zwiazana z szerzaca sie w naszym wspolczesnym spoleczenstwie wyzuciem i pustka duchowa.

Choroba nie dosc, ze dosc grozna to jeszcze bardzo zarazliwa. Ale co sie dziwic, skoro nasze wspolczesne spoleczenstwo jest niezwykle nieodporne na monotonne i powielane formy przekazu. To nie jest to samo spoleczenstwo, ktore mialo szanse uodpornic sie na glupote totalitaryzmow i czerpalo sile z buntu. Dzisiaj nie ma z czego czerpac sily, sily ubywaja i pozostaje pustka gotowa do zaatakowania przez widma sequeli.

Bylem wczoraj w operze. Moja pierwsza wizyta od dobrych trzech, czterech lat. No ale jestem aktualnie na dobrowolnym odwyku, wiec jak tylko zgasly swiatla, to moj mozg, ktory i przy wlaczonych drapieznie walczyl z moja sila woli o panowanie nad mym cialem, zwyciezyl i zmogl mnie sen. Budzilem sie na oklaskach i strasznie zalowalem, ze nie moge sie utrzymac na nogach zeby wchlonac wszystko. Musze byc mocny i wytrwac ten czas.

Wciaz dreczy mnie koniecznosc znalezienia jakiegos sensownego wytlumaczenia po co ja sie mecze na tym swiecie. Potrzebuje odrobiny zastanowienia, ktore najlatwiej przychodzi mi w czasie swobodnego blakania po Miescie. Jako, ze moj brat znowu nie wytrzymal presji mojej obecnosci i obrazil sie na caly swiat, wiec jest szansa, ze zostane zmuszony do samotnego wypadu na Miasto. Zobaczymy.

„Co ty tam piszesz na tym Internecie?” krzyk mojej mamy z kuchni. „Ilez mozna tam pisac? Pisales przeciez wczoraj!!!”

Tak wiec nie zrozumialy przez rodzicow, olewany przez brata i atakowany przez wlasny zoladek, nie przyzwyczajony do regularnego jedzenia, siedze z bolaca glowa, na niestabilnym krzesle i kresle te slowa, blokowany przez chwile koszmarnym ustawieniem klawiatury mojego brata.

Zaraz wychodzimy na zakupy. Moj brat kupowac bedzie sobie pierwszy garnitur. Jest szansa, ze uda mu sie kupic cos sensownego. Nie to co ja, zawsze za waski tu, za szeroki tam, za niski, za wysoki, ogolnie nie foremny.

Za to mam do dyspozycji ojca marynarke, ktora ma 20 lat, ale pasuje na mnie jak ulal,

Chodzilem dzis z bratem po Miescie, niby mielismy isc do kina, ale wybor jest taki, ze ogarnia mnie bezsilnosc. Czasami nadmiar mozliwosci potrafi przytloczyc. Nie bylem w stanie sie zdecydowac. A zreszta czuje, ze niektore historie nie da sie powtorzyc, ze kina i filmy, ktore mna wstrzasnely nie wroca, ze teraz to byloby juz tylko zerowanie na sentymentach.

Na Miescie rewia mody. Wszyscy sa mlodzi, piekni, zdolni i na czasie. A ja zastanawiam sie po co to, po co ta gonitwa za pieknym cialem, zdrowym wygladem, oszalamiajacym umyslem? Zastanawiam sie czy isc tym nurtem czy moze zboczyc zupelnie? Z jednej strony ida Ci wspaniali ludzie, na ktorych patrze z podziwem i nuta zazdrosci (ze tak mozna), a z drugiej strony gdzies w uszach pobrzmiewa mi tekst mojej znajomej M., ktora na pytanie czemu spotyka sie z goscmi z ktorymi nie mozna zamienic sensownie jednego zdania odpowiada „do rozmowy to ja mam przyjaciolki, a facet ma dobrze wygladac”, no i zmienia ich w zaleznosci od koloru wlosow, dlugosci spodnicy i koloru sezonu.

W zasadzie to wiecej jezdzilismy autobusami niz chodzilismy. Chyba dzis z godzine jak nie wiecej jezdzilismy slimaczacymi sie po miescie miejskimi gasienicami. W miedzy czasie zaliczylismy dwa muzea, zjedlismy w barze szybkiej obslugi (znowu sie przejadlem, a w przeciwienstwie do mojego brata nie jestem zadowolony ze swych zbednych kilogramow, i tak „chcialbym byc patykiem”). W koncu mamuska zadzwonila i stwierdzila, ze chcialaby pogadac przed jutrzejszymi zakupami tak wiec dobrze by bylo gdybysmy wrocili o ludzkiej porze(tj, tak okolo 20:00).

No a w domu jest tak po domowemu, i w calej tej sielskiej atmosferze denerwuje mnie koszmarny zwyczaj mojej mamuski do czytania przez ramie wszystkiego co pisze. Nie zapomne jak wiele nerwow kosztowalo Nas jak zaczela kiedys czytac moj notatnik, co mnie wytracilo z rownowagi, a ja strasznie zdenerwowalo, bo z moich zapisek mozna bylo rzeczywiscie zrozumiec, ze jestem na skraju zalamania nerwowego (ale ja mam taki zwyczaj, ze o dobrych rzeczach nie lubie szczepic jezyka).

A teraz koncze, aby przeprowadzic gruntowne przygotowania do jutrzejszych zakupow (moj brat ma wielkie plany zakupowe, a mnie jakos zupelnie nie ciagnie do sklepow (o dziwo, bo ogolnie to lubie robic zakupy). Chyba meczy mnie to rozpasanie, ta specyficzna pokazowosc, a zarazem bylejakosc.

Jakie to cudowne, jeszcze mozesz spac, ale juz sie nie chce, juz mysli blakaja sie po rozdrozach, juz serce bije razniej. Wstajesz sam z siebie, bez przymusu budzika, bez koniecznosci gonienia z jednego miejsca do drugiego, ale…

…pojawia sie lekki niepokoj, lekkie zwatpienie, srogie zapytanie „Jak sie wypoczywa?” Chyba juz nie pamietam co to znaczy.

Wypoczynek, tak go chcialem, a teraz sie boje, ze go strwonie, ze zmarnuje ten cenny czas dany przez Boga, ze wroce do rzeczywistosci tylko z kacem, z przerazajacym wyrzutem, ze lepiej bylo nie wyjezdzac.

i nie jest to fotel dentystyczny tylko fotel mojego brata. Troche za wysoki jak dla mnie, ale coz.

Brat obok oglada TV „Jareda” czy jak go tam zwa. Kiedys tez to ogladalem. Mily staroc.

Mam nadzieje, ze zaraz znajde w sieci film na ktory chcemy pojsc, tzn. ja chce pojsc przy jego aprobacie.

Troche jestem zmeczony, ale zaczynam sie cieszyc, ze znowu z nimi jestem, ze w kuchni czekaja na mnie salatki mamuski, ze w jednym pokoju moj brat oglada jakis glupawy serial, w drugim ojciec nieustajaco programy informacyjne, a w trzecim mamuska szuka miejsca, gdzie moglaby umiescic swoj, zeby ogladac swoje ulubione seriale.

No i to cudowne wilgotne klejace powietrze. Ta morska bryza, ktorej nie ma, a na ktora wszyscy czekaja.

Witam,
W dniach 10 – 21 lipca bedę poza domem.
Nie będę miał łatwego dostępu do bloga.

Każdego jednak kogo los mi przyniesie mile spotkam.

W każdej sprawie będę pomocny, o ile pomocnym bedę.

Przepraszam za siebie, ale taki jestem.
R.

Josif Brodski „Dyptyk petersburski czyli przewodnik po przemianowanym mieście”

J.S. Bach „Fuga a 5 voci”

Zott „Belriso – ryż na mleku – wiśnia – Teraz z dodatkiem śmietany”

Campus „Z nami świat jest mniejszy”

Siemens „Gigaset 2000S”

Pizza Hut „Twój bilet do baru sałatkowego” x 2

TDK „Speed – X”

Rzeczpospolita Polska „Paszport”

Stabilo „Stabilo Boss”

Office Depot „Office Depot® Premium”

wiwo.de „Boerse: Warten auf Godot”

The Economist „Where to file it”

Oxford Advanced Learner’s

J.K.Rowling „Harry Potter V”

J.S. Bach „Goldberg-Variationen”

Led Zeppelin

Rachmaninoff „Piano Concerto No. 2”

HP „DeskJet 600”

intimissimi „4”

jake*s

Miało być o czym innym, miało być inaczej.

bo ja czuje się tragicznie.
Już dawno nie czułem się tak źle.

Czuje się na tyle źle, że moje włosy postanowiły, że rozpoczynają exodus.

Czy z Tobą też zdążyłem się pokłucić czy jeszcze nie?
No bo ostatnio kłóce się z wszystkimi.
Na dodatek uświadomiłem sobie fakt jaki ze mnie prymityw, a uświadomienie jest głębokie, na tyle, że bekanie to pestka.

Gdyby moja klawiatura była wirtualna jak moje myśli to leżałaby rozbita w drzazgi.

Możesz mi przesłać maila optymistycznego, ale nie wiem czy mnie pocieszy, ale ty i tak nie czytasz moich maili, w końcu na tabletki na katar czekałem do wiosny, gdy już kataru nie miałem.

R.

Mój mózg odnotował w całej swojej kołowaciźnie, że mój brat po raz pierwszy zarzucił mi pustkę intelektualną. Może to nie pierwszy raz, ale ja dziś czuje jakby tak było. A na pewno jest to pierwszy raz, gdy czuje, że nie stoi za tym pusty sprzeciw, a uargumentowany sąd.

Muszę stwierdzić, że bardzo mi się to podoba, a co więcej jestem w lekkim szoku, bo dotychczas wydawało mi się , że ten osobnik jest mentalnym dzieckiem w ciele już prawie dorosłego człowieka, a tu naglę z tego potężnego ciał wydobywa się jednak sąd wart zdarcia strun głosowych.

Może nawet nie sam sąd mi się podobał, który był jeszcze jakże niezwykle młodzińczy, strasznie ideowy, szlachetnie czysty, ale punkt wyjścia do jego sformułowania, mój ulubiony punkt wyjścia – głęboko zaangażowany ale jednocześnie jakby obok, przeraźliwie przekonywający, ale pełen wątpliwości.

Smutne jest tylko to, że ja już nie wyznaje żadnego „IZM-u”(jak to mówi mój brat). Ja o „IZM-ach” nawet nie myślę.

Szczęśliwym trafem czytałem sobie dzisiaj o Friedrichu von Hayeku (http://www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,1559883.html), o którym miałem przyjemność posłuchać i nawet trochę poczytać na jednym z wykładów, a którego poglądy w niektórych miejscach bardzo mnie odpowiadają. Szczęśliwie miałem więc na zapytanie mego brata o mój „IZM” odpowiedź w stylu LIBERALIZM.

Choć szczerze mówiąc to nie wiem co mi bliższe liberalizm czy socjalizm. Jakoś dziwnie miotam się pomiędzy tymi dwoma „IZM-ami”. Wydawałoby się, że tak strasznie kontrastowymi. No ale skoro jestem pusty ideowo to co to ma za zaznaczenie.

Przez kilka ostatnich dni miotam się między swymi sprzecznymi myslami, a na dodatek coraz bardziej palę mosty w swoich kontaktach z A & E. Nie wiem co się dzieję i nie wiem dlaczego, ale nie potrafię się już do nich odezwać słowem. Dzisiaj przez półtorej godziny w szerszym gronie nie byłem w stanie wykrztusić do nich jednego słowa. Szczęsliwie dzwonił do mnie D., potem Do. a potem M. tak że mogłem uciekać z tej klaustrafobicznej sytuacji, ale i tak cały czas byłem bliski płaczu.

Zastanawiam się czy ucieczka z tej wyniszczającej atmosfery pomoże mi sprawić, że po powrocie nasze stosunki bedą mniej toksyczne. Nie rozumię i juz nie wiem jak oczyścić tą sytuację.

Przeraża mnie moja nieudolność.

Nie mam czasu, bo mnie pogania Pr., żeby wyrazić upojenie jakie odczuwam po całym dniu obcowania z budżetem naszego ślicznego nadwiślańskiego statu.

Jestem tym tak zauroczony, że postanowiłem zrezygnować z codziennego domowego rytuału pisania notki i robię to teraz, aby w domu mój mózg spoczął sobie spokojnie na podłodze, rozpłynął się pomiędzy cząsteczkami piasku, piór, liści i włosów.

No tak, moje pisanie uświadomiło mi, że muszę odkurzyć podłogę, ale dziś nie zrobię tego, bo nie chcę żeby sie sąsiedzi denerwowali.

A to tylko mimochodem, aby wyrazić pełnie mej goryczy. Dzwoniłem do A. z telefonu nie swojego, a po odebraniu jak usłyszał, że to ja stwierdził, ze miałem szczęście, bo mojego telefonu by nie odebrał. A może tak mi się tylko zdaję, może chciałem to usłyszeć. A na zakończenie rozmowy, w której wyrażałem moją niemożność przybycia na dzisiejsze zajęcia Memo usłyszałem „Lecz się!”. Jestem zbyt zmęczony, żeby odczuwać, że jest mi przykro.

Strasznie mi zimno w palce.

6:00 Pierwsze pianie koguta
7:00 Drugie pianie koguta – Wiadomości ze świata obrazkowego za pośrednictwem zamkniętych oczu
7:30 Trzecie i ostateczne pianie koguta, które wyrywać mnie powinno ze snu

Pomiędzy 6:00 a 7:30 D. chodzi i co chwilę pyta:
- Gdzie mogę znaleźć ręcznik?
- Masz żelazko?
- Pamiętam, że masz deskę. Gdzie ją włożyłeś?
- Nie masz może jednorazowej maszynki do golenia?
- Wyłączyć Ci telewizor?
- Czemu miałeś budzik nastawiony na 6:00?
- To, na którą masz?
- Pozwolisz, że wejdę pierwszy?

7:43 Umundurowany D. wychodzi, wchodzę do łazienki
8:03 Pierwsza poranna kawa od miesięcy, zbyt mocna, za słodka, mdła (choć może to nie ta, może to któraś inna, nie pamiętam)
8:32 Wychodzę spóźniony (jak zwykle)

W międzyczasie Led Zeppelin i Radio Jazz (po koncercie Cassandry Wilson postanowiłem nieznacznie nadrobić zaległości).

9:02 Jestem na Wydziale
9:03 Udało mi się dostać do toalety, gdzie mój żołądek znalazł ukojenie od nieznośnej potrzeby trawienia
9:10 Staram się wypełnić jakiś koszmarnie zbędny dokument, który nie mogłem wypełnić wcześniej bez instrukcji ustnej, bo bym nie zrozumiał (Chyba mam wyraz twarzy idioty!!!)
9:30 Spóźniony biegnę na autobus, aby dostać się do pracy i w najgorszym wypadku wpaść jedynie chwilę spóźniony, ale bez niezbędnych materiałów na spotkanie.
11:00 Biegnę na następne spotkanie
13:30 Spięcie na spotkaniu. Znowu wpadka.
14:10 Kolejne spotkanie. Znowu jestem nieprzygotowany.

17:45 Uciekam z niekończącej się opowieści na Rosyjski.
19:35 Moja ukochana Pani jest mną dziś znudzona

19:45 Zastanawiam się jak przedostać się z Powiśla na Ochotę
20:30 Po trzech przesiadkach jestem na miejscu

21:00 Jestem w trakcie nauki szybkiego czytania (Jak dobrze być królikiem doświadczalnym)
21:47 Mijam A. mówię mu „Na razie”. Chłód bije miedzy nami lodowcowy.

22:32 Zaczął padać deszcz. Zastanawiam się czy nie wysiąść z tramwaju.
22:35 Coś się wydarzyło, ale nie pamiętam co.

22:54 Robię zakupy w sklepie nocnym.

STRACH PODOBNIE JAK OTACZAJĄCY NAS ŚWIAT JEST ZŁOŻONY I TRUDNY. BOIMY SIĘ, BO JEST TO JEDNA Z FORM PRZETRWANIA, ALE I STYMULATOR ŻYCIA. DECYZJE, KTÓRE PODEJMUJEMY SĄ CZĘSTO NIEODPOWIEDZIALNE, JEDNAK WIELE CHCEMY ZMIENIĆ A NIE MOŻEMY. MUSIMY ŻYĆ NIE ZAPOMINAJĄC O ZŁU, A WIERZĄC W DOBRO.

„Wiedziałem także, że nic przez to nie traciłem, a jednak często towarzyszyło mi uczucie, że akurat wtedy, gdy mnie tam nie było, zdarzyło się Bóg wie co.”
/B. Schlink „Lektor”/

Po raz nie wiem który z rzędu dorastam do tego by żyć dla siebie, życiem skrojonym na moją miarę, życiem nie napuszonym, życiem skromnym, wręcz ascezą. Życiem w białym swetrze z wielkim dekoltem i spodniami z dziurą poniżej kolana, w miejscu, w którym pogryzł mnie pies. Życiem, w którym nie zważam na to, co tłum na mieście sobie o mnie myśli. Życiem, w którym poświęcam się dla tego w co wierzę i do czego jestem głęboko przekonanym.

Byłem dziś na koncercie Cassandry Wilson. Byłem dziś także jakoś dziwnie wściekły. Byłem nad wyraz zgryźliwy i nietolerancyjny. Czułem się jak malarz, który namalował najbardziej wierną z możliwych kopii rzeczywistości tylko po to żeby móc ją zamalować na biało, tylko po to, aby przeżyć akt całopalenia tego padołu łez.

Przede mną siedziała dziewczyna, blondynka (była z wysuszonym 40 latkiem o kręconych włosach, nie lubię męskich kręconych włosów, kojarzą mi się z włosami łonowymi), która chyba miała poluzowane wiązania w swych stawach i gdy grała muzyka to wyglądała jakby miała padaczkę. Nie mogłem skupić się na muzyce, bo cały czas myślałem, kiedy będę musiał prosić kogoś o portfel (sam nie noszę), aby go jej włożyć do ust, co by nie przegryzła języka.

OGROMNYM PROBLEMEM PRZY WYBORZE SĄ PRÓBY, DO KTÓRYCH NIE MOŻEMY SIĘ ZRAZIĆ. ZMĘCZENIE, ZŁE SAMOPOCZUCIE NIE POWINNY NAS BLOKOWAĆ, A WRĘCZ PRZECIWNIE POWINNO TO BYĆ MOTOREM ROZWOJU. BO GDY NIE PRÓBUJEMY, TO SIĘ NIE SKUJEMY, ALE TEŻ NIC NIE OSIAGNIEMY.

Gra narzucona muzyka, choć sam ją wybrałem.
Na krześle koszulka, w której dziś chodziłem, choć jej nie wybrałem do chodzenia.
Na stole Ice Tea Lemon, choć chciałem Peach, ale nie było innej, a Nestea nie chciałem.
Jestem przejedzony, choć jeść nie chciałem.

Dwa lata temu miałem najgorszy w swoim dotychczasowym życiu Sylwester. Sylwester, który zgodnie z wszelkimi przesłankami powinien być cudowny – góry, śnieg, przyjaciele. Jednak jak się okazało, wszystko wygląda inaczej niż by to sobie można było przed wyjazdem wyobrazić. Oczywiście góry nie rozczarowały, a przyjaciele nie byli niczemu winni. To gdzieś we mnie pod wpływem wielu różnych czynników wytworzył się jakiś taki dziwny amalgamat, który doprowadził do tego, że już w momencie wsiadania do autobusu, w momencie zajmowania miejsc, w momencie wkładania plecaków do luku bagażowego odezwał się we mnie straszliwy alarm ostrzegawczy „Oni Cię chcą sobie podporządkować”.
To straszne, ale nigdy nie znosiłem i dalej nie znoszę wyjazdów grupowych, nie znoszę zbiorowego podejmowania decyzji, nie znoszę tej pierdolonej wycieczkowej demokracji.
Uwielbiam relacje intymne, we dwoje, we troje, we czworo, a może czasami i we więcej, relacje otwarte, gorzkie, ciepłe, słone i inne, ale intymne. Rzadko udaje mi się je osiągnąć i we dwoje, ale czasami tak, natomiast nigdy w grupie, grupie celowej, nigdy nawet w grupie przyjaciół, gdy celem grupy nie jest wzajemna adoracja, wzajemne uwielbienie, wzajemna walka o siebie tylko np. pierdolony wyjazd. A może to była moja reakcja na ich zachowania obronne przed moim despotyzmem?

Przypomniałem sobie tamten Sylwester po dzisiejszych imieninach P., imieninach, na których moi najlepsi przyjaciele zbluzgali mnie, tak jak wtedy. Może bym sobie z tym poradził, może nie byłoby to dla mnie wielkie halo, może przełknąłbym tą słuszną krytykę, bo wiem, że mają rację, bo wiem, że odbiegam od tego standardu uwielbienia dla nich, jaki im okazywałem wcześniej, bo wiem, że nie jestem już cały dla nich, bo choćbym chciał, to jednak nie mogę, ale wiedziałem, że nie jestem w stanie tego zmienić, bo pamiętałem łzy bezsilności, jakie mi leciały, gdy starałem się wywalczyć dla nich czas w kłótni z Ag. Tak to czasami bywa jak dwie cząstki życia wzajemnie się odpychają, jak dwie cząstki życia są zbyt wymagające, gdy traci się kontrolę nad swoim życiem, bowiem te dwie części mnie zaczynają mną targać, zaczynają o mnie walczyć, gdy naglę ja jako podmiot przestaje się liczyć, i zamieniam się w terytorium walki, gdzie te dwie potężne armie nie zważając na ludność cywilną (czyli mnie) walczą o hegemonię.

WYBÓR JAKO CECHA ROZWOJU JEST BARDZO WAŻNY, WRĘCZ KLUCZOWY. Z WYBOREM WIĄŻE SIĘ JEDNAK WIĘCEJ PROBLEMÓW NATURY SPOŁECZNEJ NIŻ MOŻNA BY PRZYPUSZCZAĆ. WIELE CECH, WIELE RZECZY W RÓŻNYCH PORACH ZNACZY CO INNEGO, DLATEGO STARAM SIĘ USPRAWIEDLIWIĆ Z POWODU 1H SNU. JEDNAK LICZĄC CAŁOKSZTAŁT PRZYBIERA TO INNY WYGLĄD.

Krótkie spięcie.
Zarzut.
„Czemu jesteś taki nakręcony z innymi i taki spokojny ze mną? Poczucie bezpieczeństwa?”

Zacząłem się właśnie zastanawiać na ile mogę powtarzać bez autoryzacji wypowiedzi innych ludzi. Na ile mogę ich wyciskać, wywewnętrzniać, wybebeszać.
O ile ja panuje nad tym, co daje i co zabieram, to te nieautoryzowane wypowiedzi są jak dzieci pozbawione opieki, jak kruszyny rzucone w ręce nie wiadomo kogo.
Jak tak myślę, to dochodzę do wniosku, że powinienem zamilknąć, bo płodzę masę słów, które porzucam bezmyślnie nie martwiąc się tym co się z nimi stanie.

W tle muzyka (Garbarek) i wiadomości (TVN 24).
Nie mogę się skupić.

Spotkałem się dziś z A. i E.. Przeprowadziliśmy mały spór intelektualny na temat prezentu dla P. Ja optowałem za „Aktami”, ale skończyło się na „Ziemi z nieba”, ale szczęśliwie udało mi się przeforsować odejście od pomysłu z ikona.

Znowu spięcie.

W przyrodzie istnieje pojęcie wyboru polegające na wyborze tego co najlepsze. Z tego względu istnieje ewolucja najlepszych cech. Podobnie musi być w naszym życiu, musimy wybierać to co słuszne.

I pomyśleć, że to powyższe potrafiło nadać sens mojej egzystencji choć na chwilę, choć na moment.

Miałem dziś niebywałą przyjemność stania w kolejce. Przez bardzo długo wydawało mi się, że w Naszym pięknym kraju nie będę miał już okazji na stanie w ogłupiająco długiej kolejce, za koszmarnie zbędnym świstkiem papieru. A jednak udało się.
Stanie w kolejce zasponsorował mi Krajowy Rejestr Karny.

Przeczytałem dziś bardzo smutną wieść, że pewien blog, który odwiedzałem, ale na który nigdy nie dokonałem wpisu (trochę dlatego, że byłaby to pewnego rodzaju profanacja, trochę dlatego, że nie wiedziałbym co wpisać) kończy swój żywot. Nie spodziewałem się, że ogarnie mnie takie dziwne uczucie. Poczułem nagle przemijanie, uświadomiłem sobie, że nawet przestrzeń wirtualna ma granice, że nawet tu coś się zaczyna i coś definitywnie kończy. Zacząłem myśleć o sieci z większą dozą empatii.

Jechałem dziś z Warszawy do Pragi (należę do tej nieznośnej kategorii ludzi, którzy za Wawę uznają tylko lewobrzeżną część Warszawy, wszystko co po drugiej stronie Wisły to jakiś odległy obcy ląd, co śmieszne to chyba lepiej znam czeską Prahę niż tą warszawską) i poczułem się jak odkrywca oglądający po raz pierwszy nowy ląd. Starałem się otworzyć na nowość, na magiczność nieznanego. Było mi z tym dobrze. Chyba nawet za dobrze, bowiem współodkrywcy ze 111 spoglądali na moje zachwyty nad wyraz zdumieni.

Spotkałem dziś znajomą B.. Troszeczkę smutna wymusiła na mnie pozowanie na półgłówka. Akurat dzisiaj byłem do tego zdolny. To ją troszeczkę rozluźniło i otworzyło. Zrewanżowała mi się oceną mojej fizyczności – „kiepska cera, Bozia poskąpił klaty”. Nie przejąłem się, ale…

P. znowu zachorował, ale jest tak obowiązkowy, że przyszedł dziś do pracy. Strasznie mi go żal. Choć ja też pewnie bym przyszedł na jego miejscu.

Wczoraj byłem na „Matrix: Reaktywacja”. Jako, że nigdy nie byłem pasjonatem „Matrixa” to nie przeżyłem wielkiego rozczarowania, a wręcz przeciwnie przeżyłem miłe zaskoczenie, bo mi się bardzo podobał, i choć byłem popędzany to wytrwałem do ostatniego napisu i obejrzałem zapowiedź następnej części. Pójdę.

Kupiłem sobie „Harry Pottter and the Order of the Phoenix”. Z moim angielskim będę czytał to latami, ale pozostałe 4 części uwiodły mnie ubiegłego roku w czasie sesji letniej, więc nie mogłem się oprzeć.

Zastanawiam się czy to już koniec strony. Nie będę ryzykował i kończę.

Dawno już nie siedziałem przed komputerem, gdzieś tak w środku nocy i nie pisałem czegoś na brudno, spokojnie, wręcz okazjonalnie, co bez żywiołowego pośpiechu chciałbym gdzieś zwymiotować.

Ostatnio czytam sobie pewien blog, tak od początku do końca. Blog ma w miarę krótką historię, ale i ja powoli go sączę. Jestem akurat na lutym. Zastanawiałem się przez chwilę czyby nie umieścić cytatu z niego, ale pomyślałem, że nie. Historia jak każda inna, jakiś romans, jakieś złamane serce, odbudowa roztrzaskanej duszy, ale nie to jest istotne [dla mnie (choć skoro to moja wypowiedź to powinno być oczywiste, że piszę to z siebie, przez siebie, o sobie, po części dla siebie)]. Istotne jest to, że jest w tym jakaś taka ciepłość, taka nuta dyskursu i olbrzymi, ale niezwykle przyjazny samokrytycyzm. Podoba mi się też to, że jest tam w pewnym sensie brak dystansu i pompatyczności, którą ja bardzo lubię.

Zacząłem dziś jednak pisać, aby wyrazić siebie w temacie cudownej starszej Pani, o której staram się zawsze wzmiankować, gdy mam ostatnio okazję, ale szlak moich myśli odwiódł mnie od tego. Zresztą nie potrafiłbym wyrazić jej w tym króciutkim prozatorskim zgrzycie. Być może powieść to za mało, a być może jedno słowo to już za dużo.

Łóżko czeka na mnie, zastanawiam się, co zrobię z tym fantem. Z jednej strony chcę pisać, chcę wystukiwać powoli, cichutko by nie wywołać pomruku przygany, słowa, jak bańki z takich dziecinnych mydlanych zabawek. Z drugiej strony boje się, że pomruk będzie niezadowolony, że ja nie w łóżku, że ja robię zupełnie nie to co robić powinienem, że poświęcam czas na co innego niż na ujarzmianie pomruku. Teraz nabrałem ochotę by pójść do łóżka, ale boję się, że wyłączenie komputera i umycie zębów wyleję kubeł zimnej wody na moją ochotę. A komputera zostawić nie mogę włączonego, bo jego pomruk zabija we mnie chęć do życia, gdy przy nim nie siedzę (czuje straszny lęk przed jego warczeniem, o rany właśnie sobie uświadomiłem, że strasznie silno działa na mnie pomruk). A zębów nie umyć nie mogę o ile nie chcę spać na podłodze. O ja biedny, a miałem takie dobre intencje zaczynając pisać. A teraz boje się, że w tym rozdwojeniu przesiedzę do rana.

http://www.sztukaulicy.pl/

Teoretycznie pod tym adresem powinny się pojawiać informacje o Sztuce Ulicy, super zajawce, która sprawia, że lubię Wawę w lecie, gdy ciepło roztapia asfalt, a smród przypomina metropolie dalekiego wschodu, ale jakoś mi się nie pojawia. Nie mniej polecam próby i odwiedzenie Wawy w ten piękny czas.

A teraz świadom swych ograniczeń, upierdliwości i monotonności w ostatnim czasie pragnę wszystkich za wszystko przeprosić i obiecuje, że do następnego halo będę ludzki i w ogóle.

Czystka

2 komentarzy

Sprzątam – odkurzam, zmywam, układam, przekładam, prasuje, piorę, myję, ścieram, gotuje.

Kobiety – siostry, matki, córki, babki, kochanki, ciotki, mamki, niańki i inne oddaje Wam hołd. Wasza praca była syzyfowa.

O Panowie, co za szaleniec godził się na równouprawnienie. Toż to najkrótsza droga do eksterminacji samczego rodu do „Seksmisji”, ale bez wirusa, bez szczepionki.

Spokoju, spokoju, spokoju Ci potrzeba.
Możę byś przyjechał do Nas do domu, będzie grill, las, zieleń, my.

Przywiozę rower będziesz mógł pojeżdzić.

Chciałbym, żeby juz był lipiec.

Ale przecież to nic nie zmieni.

Siedzę spokojny, w tle leci „Polowanie na wielbłąda”.
Siedzę starając się zapomnieć o śnie wbrew mnie.
Siedzę nie myśląc o telefonie niesłyszanym w środku nocy.
Wstaje z myślą podlania opuszczonych przez moje myśli kwiatów.

Ice Tea smakuje mi,
pyszny jogurt powinienem wchłonąć,
moje ciało nie pożąda jedzenia.

W wyobraźni palę papierosa.
Dym ulotnie-zalotnie owiewa przestrzeń.
Czuje się uwiedziony przez tą wizję.
Sen mnie znowu atakuje.

Czas nieubłaganie płynie.

Nie mogę się poddać!

Dookoła za dużo ludzi, żeby się położyć i zapomnieć o tym wszystkim co mnie otacza.

Toalety nie są wystarczająco szczelne aby wykrzyczeć całą złość.

Włosy są za krótkie żeby je znowu ściąć.

Na kolejne buty mój bank mi już nie pozwoli.

Nie mogę zapchać się niczym słodkim, bo w ogóle jeść nie mogę.

E. zauważyła, że coś jest ze mną nie tak. Wysłała mi maila ratowniczego, ale ja nie mam siły po niego sięgać. Chcę pomocy, ale nie mam bladego pomysłu jaka ta pomoc powinna być.Szczęśliwie E. musi opuścić Wawę.

Jeszcze wieczór i spotkanie ze znajomymi, nie chcę się dziś socjalizować. Ale nie mogę ich zawieść, przecież przeze mnie przekładali to na dzisiaj wieczorem.

Dobrze, że A. jedzie jutro do domu, ale dzisiaj jeszcze cały wieczór i noc. Nie chcę się kłócić, ale muszę się uwolnić od wszystkich, żeby to jakoś przeżyć w samotni.

Promień słońca na Placu Bankowym znowu zaświecił.

Rezygnacja przesiąknięta strachem.

Staram się nadać harmonię swoi=jemu życiu.

Rano leżąc w łóżku przeleciała mi przez głowę myśl „Po co?”

Wczoraj usłyszane: „Jak dostanę tą pracę, to w końcu spełni się Twoje życzenie, ja będę pracować i dużo zarabiać, a ty bedziesz zadowolony”

Czy to moje marzenie, wegetować w domu na utrzymaniu innych?

Różnica między drugim a pierwszym trzyma mnie jeszcze w pracy.

Ogólnie to jestem w tym momencie bardzo rozdrażniony. Spóźniam się bowiem na pocztę, która mnie wzywa po odebranie listu poleconego. Nie znoszę dosatwać listy polecone. Zawsze jest z nimi problem, a na dodatek po odebraniu jest kontynuacja, no bo prawie nigdy listy polecone nie zawierają rzeczy miłych.

O rany, czemu administracja publiczna nie zacznie uzywać poczty elektronicznej. I im i mi uprościłoby to życie.

Dodatkowo gnębią mnie egzaminy i niepokój związany z oczekiwaniem na wyniki.

Na VIV-ie niemieckojęzycznej, w piatki o 22:00 (powtórka w soboty o 00:00) jest mój nowy duchowy króliczek „Angels Sanctuary” – japońska manga, o aniołach, kazirodczej miłości i jeszcze innych pokrętnych elementach życia. Nie wszystko łapie, bo język Goethego nie opanowałem jeszcze do perfektu, ale to co łapie strasznie mnie urzekło.

Polecam.

Murzyni

Brak komentarzy

Właśnie obok mnie i przy moim współuczestnictwie toczy się dyskusja o nauce polskiego obcokrajowców.

Zraziłem dziś do siebie J.

Wieczorem spotykam się w koncu ze znajomymi. Już wiem, ze będzie zgrzyt, bo ja ledwo żyję, a jestem taki nałdowany niepozytywnymi emocjami, że muszę wybuchnąć. Zastanawiam się kogo tym razem rozwalę.

Jutro znowu walka z tym, żeby nie dać się szaleństwu robienia/nie robienia tego na co mam ochotę. Ostatni wciąż przegrywam, moja psychofizyczność wygrywa z moimi swiadomymi decyzjami.

Dzisiaj chcę nic nie robić.

Czuje się jakbym powoli staczał się w dół doliny, której dna nie widzę.

Powolne i codzinne, syzyfowe wznoszenie się ku górze już mnie nie rajcuje.

Przerażenie staje się powoli standardem. Niedługo zapomnę co to znaczy spokój.

Fizycznie też nie jest dobrze.

A jutro znowu początek weekendu. To straszne.

„W ten weekend idziemy na spacer wszyscy tacy opaleni, a ja taka biała
nie ma nawet mowy wymigiwać się, że się uczysz bo to nie wymówka, idziemy na
powietrze i koniec.”

A ja lubie być biały. W zasadzie poza dzieciństwem byłem tylko dwa razy opalony. Raz w szkole średniej, gdy postanowiłem być sporty boy (to nawet było miłe – opalone na brąz ciało, mięśnie pod kontrolą, wydajność płuc do pozazdroszczenia) no i raz w czasie studiów, gdy zapragnąłem być working boy (to nie było miłe – ciało miałem spalone, uszy mi zaropiały, skóra zeszła kilka razy, a murzyni mogli traktować jak jednego ze swoich, na dodatek tak potrzebowałem energi, że zajadałem się na okrągło czekoladą, co skończyło się utratą optymalnej wagi i walką z nadwagą po dziś).

Warszawa pachnie Nowym Jorkiem.
A ja czuję się jak pingwin.

Czas to pojęcie wymierne. Czas to określona jednostka. Z TEGO WZGLĘDU MOŻNA GO ANALIZOWAĆ NA ZASADZIE ZYSKÓW I STRAT, STOSOWAĆ DO NIEGO ZWYKŁĄ BUCHALTERIĘ. Nie wszystko jesteśmy w stanie zrobić, WIĘC ZASTOSOWANIE ZACZYNA MIEĆ TEORIA WYBORU. W czasie wyborów popełniamy błędy, jednak zgodnie z teorią ewolucji, postępu najważniejsza jest replikacja i mutacja, a więc trwanie i błądzenie. Dzięki temu świat ewoluuje. Replikacja musi być na tyle dokładna, a mutacja na tyle często, aby świat się kręcił, a nie gnuśniał.

Mleko, było podstawowym trunkiem mojego dzieciństwa i w zasadzie młodość. Gdy tak sobie myślę, to nie wiem nawet, kiedy mleko zostało zepchnięte w moim menu na pozycję pośledniejszą. Następowało to jakoś niespostrzeżenie pomiędzy zdziwionymi minami wszystkich, którzy widzieli, że mleko może być używane do wszystkiego. Ja i tak wyrosłem z tego, co jeszcze praktykuje mój brat, a mianowicie popijania zupy mlekiem, jednak i ja uwielbiam popijać wszystko mlekiem.

Być może jest to wynikiem tego, że krowa bardzo wcześnie zastąpiła mi, a i mojemu bratu też pierś matki. W moim wypadku była to wręcz historia na pograniczu życia i śmierci, bowiem mały ja karmiony piersią matki po miesiącu przebywania na tym padole łez ważyłem mniej niż tuż po porodzie, a wszystkiemu winna była moja babcie. Ta wątła istota o obfitym biuście (przeciwieństwo mojej matki obfita kobieta o wątłym biuście) miała wydajność dobrej krowy, z jednej piersi była w stanie wykarmić moją mamę, i to gdzieś do 3 roku jej życia, była święcie przekonana, że jej rodzona córka ma te same geny mlekodajności, więc surowo zabroniła córce przekarmiać maleństwa. Kazała swej córuchnie karmić mnie tylko jedną piersią, co wywołało w lekarzu badającym moją matuchnę spazm lęku, bowiem dawka z dwóch piersi mej mamy była mniejsza niż racje żywnościowe dzieci w Etiopii.

W ten sposób po miesiącu moim podstawowym źródłem energii stała się krowa rasy czerwonej o imieniu Gauja.

Dzięki temu uwielbiam mleko i znam je jak smakosze znają wina. Potrafię błyskawicznie ocenić jego świeżość. Największy ból wręcz wymiotny i niesmak na cały dzień przeżywam, gdy moje usta zasmakują nieświeże mleko, a dzisiaj miałem tą nieprzyjemność i dlatego to wszystko powyżej.

Całokształt to wszystko razem, a chwila to pewien odcinek. Więc możemy rzec, że całokształt składa się z chwil. Całokształt to trwałość. Spokój opanowanie. Chwila to spontaniczność, nierozsądek, strach.

Zły początek lub zły koniec, a więc dwie chwile to tylko część całokształtu.

W ZASADZIE TO MI TO PAŚCI. NIE JESTEM ANI ZA ANI PRZECIW.
WCIĄŻ UWAŻAM, ŻE ŻYCIE NALEŻY PO PROSTU PRZEŻYĆ.

Otar Iosseliani zaproponował mi dziś do obejrzenia swój świat.
W tej chwili jestem zbyt zmęczony, aby wyrazić wnikliwą opinie o relacjach jego – mój świat, a zresztą, gdy szedłem na przystanek i myślałem o tym jak za pomocą dwóch palców, klawiatury i systemu komputerowego globalnej korporacji przeleje na papier swoje spostrzeżenia, to raczej myślałem o wyrażeniu kształtu chwili, niż o krytycznym ujęciu problemów świata przedstawionego w tej przypowieści. Trudnością w uczciwej ocenie tego dzieła jest również to, że ostatnio spoglądam na rzeczywistość przez mgłę zmęczenia, krecich okienek, również to, że podobnie jak kiedyś „Ziemię niczyją” przez duży fragment przespałem. Jednak tu podobnie jak i tam byłem pod olbrzymim wrażeniem przekazu, tam raczej treści, tu w dużej mierze również formy. W każdym razie idąc, myślałem o tym, aby wyizolować się od rzeczywistości, aby stworzyć sanktuarium dla tych pozytywnych wibracji, którymi chciałem wprawić w drżenie bity. Prawie mi się to udawało, wręcz jeszcze bardziej się dostrajałem, stwarzałem inkubator, w którym była szansa na wyklucie się mojej esencji tego filmu. Gdzieś jednak wewnątrz mnie Kasandra, nie słuchana przez żaden inny neuron niż swój podpowiadała mi, że 10 min. dzielące mnie do autobusu, w środku nocy, naprzeciw cmentarza Żydowskiego zmieni ten stan.

Czytałem ogłoszenia na słupie, same kulturalne, bo w Wawie słupy służą tylko do promocji kultury, do jej promocji w Wawie służy prawie wszystko, ale słupy gwarantują sterylność kulturalną, bowiem legalnie nie dostają się na nie żadne komercyjne, wielkie i rażące wszędzie w oczy kampanie. Więc przeczytałem sobie program Teatru Wielkiego-Opery Narodowej na czerwiec, plakaty głównych przedstawień i gdy miałem przestawić się na kontemplacje plakatu „Dekameronu” Teatru Banialuka z Bielska-Białej zobaczyłem w tle dwie majaczące się postacie, taką naszą swojską wersję Flipa i Flapa. Profilaktycznie spojrzałem na zegarek, żeby zobaczyć ile minut będę musiał się bronić zanim przyjedzie autobus. Zegarek niemiłosiernie wskazywał 5 min. Rozsądnie przegrupowałem się w kierunku rozkładu jazdy, bowiem przyjęcie zbliżającego się niebezpieczeństwa na tle plakatu baletu „Czajkowski”, raczej nie nastawiałaby przeciwnika przychylnie do mnie.
Flip i Flap sunęli powoli wiedząc, że i tak nie mam gdzie uciec – z jednej strony wielki parking, z drugiej cmentarz żydowski, a z przodu i z tyłu jeszcze mniej przyjazne otoczenie.

Oczywiście znałem już ten chód, te spojrzenia i wiedziałem, że nie będzie łatwo. Z początku zaserwowali pytaniem, co tu robię (na przystanku, w środku nocy pytanie jak najbardziej na miejscu?). Wiedziałem jedno, jeśli teraz odpowiem typowym dla siebie, a pogłębionym przez film miękkim głosem, takim jak spokojna malutka łódeczka sunąca powoli po falach, to jestem skończony, tak więc odchrzaknęłem i najbardziej naturalnie w świecie najbardziej nienaturalnym głębokim głosem stwierdziłem z uśmiechem na twarzy, że czekam na (tu aż się prosi o napisanie „na zbawienie”, ale mięśnie tych gości były imponujące) autobus, i dodałem jakiś łaciniak (w moich ustach brzmi to tak fałszywie, że aż piszczy, ale goście byli trochę zawiani). Zapytali zaś ponownie, o której będzie najbliższy, a oceniwszy, że mają czas spokojnie usiedli. Ja stałem. Mieli czas, więc zaczęli mnie gnębić pytaniami w stylu: A komu kibicujesz? (Traf z odpowiedzią, co by nie usłyszeć, a my drużynie przeciwnej), tyle tylko, ze tym razem drużyna została zamienioną UE.

Na takie pytanie miałem zaś wypracowaną w ostatnim czasie odpowiedź – Nie głosuje, bo jest to sprzeczne z moim nihilistycznym podejściem do życia publicznego, z poglądem, że polityka krzywdzi polityków i że ja nie mam sumienia, co by oddając swój głos skazywać innych na potępienie. Tyle tylko, że w ich wypadku nie wchodziła w rachubę ta odpowiedź.
Stwierdziłem, więc że nie głosuje.
Trochę ich to rozproszyło, ale przypomnieli sobie logarytm postępowania w wypadku drużyny – jeśli nie kibicuje to pytasz o miasto. Więc oni, no ale jesteś za czy przeciw.
Tuż przed pytaniem, ten większy (nie pytający) rzucił butelką w mur cmentarza żydowskiego, z opinią chuj im w dupę tym Żydom. W tej chwil przeszedł mnie impuls, że gdybym był Żydem to oni byliby w stanie rozbić tą butelkę na mojej głowie. Trochę mnie to zmieszało, bo ucieszyłem się, że nie mam jak naród wybrany wypisanego na twarzy napiętnowania, ale i zasmuciło na, tyle, że wiedząc, że na zadane pytanie należy odpowiedzieć „NIE”, przybić piątkę i poprosić o łyk piwa, odpowiedziałem „TAK”. To wywołało lawinę pytań, a gdzie kurwa pracuje, a co studiuje, a że wy studenci to jesteście na tak, bo wy nie wiecie co to praca.

Lubię ładną przemoc, to znaczy jak oprawca jest przyjemny wizualnie. Łączy się to z instynktownym powiązaniem piękna i dobra, a poza tym zawsze czuje się mniej przybity, gdy jestem pokonany przez kogoś bardziej wartościowego. W tym wypadku pogodziłem się z klęską, no bo gość nie dość, że pod każdym względem fizycznym był fizjologicznie lepiej przystosowany do walki w warunkach zwierzęcych to dodatkowo nie był głupi i przekazał mi punkt widzenia, o którym zapomniałem. A mianowicie, że tzw. ludzie pracy nie tyle boją się, że w UE im się pogorszy poziom życia, ale boją się, że innym np. studentom on się poprawi bardziej niż im. Gość dał mi jasno do zrozumienia, że jeśli za lat X on będzie czuł, ze ma gorzej niż ja to on mnie zgnoi li tylko dla lepszego samopoczucia.

I jak tu nie być socjalistą?

19:56

2 komentarzy

Nie ma to jak siedzieć w pracy, o tak pięknej porze ze świadomością, że za jedyną godzinę będę w domu, a tam tylko do napisania praca semestralna z polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych po 1945 r.. (nocka przede mną).

Cudowne jest jeszcze to, że na polu 30 stopni, a ja czarna koszula z długimi rękawami i na to marynarka. Pot już owiąnał moją osobę, zalewając każdy por i szczelinę mojego ciała. Najgorsze jest to, że lubie swój pot w jego wczesnym etapie rozkładu, choć może wynika to ogólnie z mojego upodobania do potu. Lubie ludzi ledwo spoconych, gdy ich pot jest przyjemną mieszanką ich kosmetycznych pozorów i naturalnej wnętrzności. Lubię tą odrobinę niemożności zapanowania nad sobą. Lubię jak pot spływa małymi stumyczkami po czołach, piersiach, plecach, nogach, stopach i innych mniej lub bardziej interesujących ludzkich akweduktach.

Czy ekologia może nam pomóc? (CHRYSTE, AŻ SIĘ DZIWIE, ŻE NIGDY NIE ĆPAŁEM, NO BO TAKĄ BZDURĘ TO MÓŻNABY WYMYŚLEĆ NA DOBRYM HIGHJU)

Pytanie bardzo trudne, a odpowiedź tym bardziej(KOLEJNE PYTANIE Z SERII, „A CZEMU MIŚ USZATEK MA KLAPNIĘTE USZKO?”, NA KTÓRE JAKIŚ NIESZCZĘSNY RODZIC ZAMIAST ODPOWIEDZIEĆ „IDŹ POOGLĄDAJ TV” ZACZYNA WYKŁADAĆ SWOJEJ 4 LETNIEJ POCIESZE ALBO NIESZCZĘŚCIU, ŻE TO POŁĄCZENIE ELEMENTÓW FENOMONOLOGICZNYCH Z GENETYCZNYMI, KTÓRE TO ODZWIERCIEDLAJĄ SIĘ W FENOTYPIE MISIA.). Ekologia to nauka o procesach w środowisku.(WOW) Ekologia to różne procesy(NO NIE, NIE MOŻE BYĆ, AŚWISTAK SIEDZI I ZAWIJA W SREBERKA). Świat otaczający nas to wszystko ekologia(SZKODA SŁÓW). W takim razie to wszystko wpływa na nasze życie (NO Z NIEPRAWDY WYNIKA WSZYSTKO). Dlatego musimy się zjednać z ekologią (NIE WYTRZYMAM).

K. do R.

cześć Krecik,
czy można liczyć na jakieś spotkanie czy nie?
K.

R. do K.

Spotkanie,
jak najbardziej, ale …
po Sesji, bowiem …
teraz nie tyle, że nie mam czasu (choć presji czasu jeszcze tak nie czułem),
ale …
jestem szczępkiem nerwów.

Co powiesz na drugą połowę czerwca?

Wiem, jestem godzien rozstrzelania, a i to może zbyt łagodna kara, ale …
proszę o krytyczne zrozumienie.
Pozdr
R.

PS. A ty jak tam funkcjonujesz w rzeczywistości poza Matrixem?

Postanowiłem uporządkować swoje życie.
Poraz n-ty w swym życiu.
Tym razem jest to o tyle przyjemne, bo zamiast babzrać się w swym niezrównoważonym życiu emocjonalnym uporządkowanie będzie dotyczyć w dużej mierze mojego bliskiego otoczenia.

Mam zamiar uporzadkować pulpit, outlooka, biurko, podłogę, książki, wspomnienia, przyjaciół, problemy.

Mam zamiar to skatalogować, schronić, wyczyścić itp.

Chyba nie, w każdym razie nawet gdyby istniał trudno byłoby się do niego zastosować.(Próba odpowiedzenia na pytanie retoryczne zazwyczaj kończy się fiaskiem.)

Gnębi mnie pewien zawód, lęk i smutek. Uczucia często tak przytłaczające mnie, że doprowadzają mnie do obsesji. (Ciekawe, o jakiej obsesji ja tu bredzę???)

Teraz chcę coś napisać, co mam nadzieję mnie uspokoi.
Świat nie jest cudowny i idealny, dodatkowo wciąż się zmienia, a co gorsza to te zmiany są najważniejsze. (Panta rhei)

Predestynacja.

W życiu jest tak, że popełnia się błędy, po to by się na nich uczyć. (Nie ma to jak gloryfikacja oszybek.)

Ekonomia podejmowania decyzji (homo oeconomicus) a nieracjonalność postępowania ludzkiego. (Romantyzm kontra pozytywizm – czy nie należałoby dzieciom zabronić uczyć się o tych dwóch przeklętych epokach i z Oświecenia przechodzić od razu do Modernizmu?)

Nic dodać nic ująć

+ śniadanie, obiad i kolacja do łóżka
+ 2 h w najbliższym centrum handlowym
+ Opole w TV

Stres – kwintesencja życia

Znowu nie mogę pić soków, tzn. znowu zacząłem pić soki i znowu odkryłem Amerykę w puszce, ale to mniej więcej jak moje inne odkrycia jak to, że nie mogę jeść parówek, nie mogę jeść śledzi, że śledź lubi popływać, więc tym bardziej go jeść nie mogę.

„Tak niezwykle rzadko chce mi się śmiać” – zazwyczaj to prawda, przez duże D, ale akurat teraz w tej chwili i w tym miejscu przypominam sobie chwilę, gdy się śmiałem i to dźwięcznie, tak melodyjnie, jak wycinanie kształtów w szkle.

Postanowiłem się ogolić. Co w tym fascynującego? No chyba to, że potraktowałem to jako formę wyzwolenia, akt samostanowienia. Tzn. Będąc ostatnio nad wyraz leniwy nie goliłem się, wyrósł mi żałosny zarost, który jednak mógł zostać potraktowany jako celowo zaprogramowaną zmianę wizerunku. Co gorsze przez część osób zmiana ta spotkała się z poklaskiem, tak więc siłą rzeczy nie wypadało mi się zmieniać, a no i trochę łechtało mnie, że mogę wyglądać nawet interesująco. Tak tyle tylko, że czułem się z tym koszmarnie źle – po pierwsze nie mogłem patrzeć na siebie w lustrze, a po drugie sama możliwość bycia interesującym wstrząsnęła mną. Chwilę zeszło mi z otrząśnięciem się, z analizą przypadku i dojściem do wniosku, że ktoś mógł żartować. Z czystym sumieniem zapoznałem się, więc na nowo z lustrem.
A Pani w bufecie zapytała mnie: – Co sobie Pani życzy?
No cóż z głosem chyba też muszę coś zrobić :)

A: Nie podobają mi się te spodnie?
B: Ale ja je bardzo lubię, co jest z nimi nie w porządku?
A: Trochę za bardzo opinają się.
B: No wiesz, gdzie?
A: Z przodu.
B: Czy ja wiem?
A: No tak ty wszystko lubisz za małe, za ciasne.
Tak to chyba prawda, uwielbiam czuć, że coś mam na sobie. Taka zbroja, daje mi poczucie, że ja w tej zbroi to jedna całość. Czasami jak mam wygodne ciuchy, idealne do życia czuje się tak jakbym na każdym kawałku przestrzeni, który przemierzam gubił fragmenty siebie.
A poza tym w obcisłych ciuchach czuje się kilka kilogramów lżejszy i choć w wyobraźni oscyluje wokół optymalnej wagi :(

No cóż ostatnio zdawałem sobie sprawę, że na każdym kroku stwarzam niewiarygodną wręcz masę zaległości. Świadczył o tym mój pokój, gdzie pranie nie złożone i nie prasowane od kilku tygodni opanowało wszystkie wolne krzesła, a każdy skrawek podłogi zajmowały papiery. Nie lepiej w kompie, gdzie chaotycznie rozrzucone pliki piszczały z braku sensu.
Ale nie myślałem, że aż taką.

Konsekwencją tego było to, że po bohaterskiej walce z Mopierem stanąłem wczoraj przed katastrofalną wizją wieczoru. Ogarnęła mnie dzika rozpacz i poszedłem spać.

Szczęśliwie w takich chwilach myślą za mój mózg inne części ciał, a w moim wypadku przede wszystkim brzuch, który szybko i jednoznacznie dał rozkaz – wstawaj, do toalety marsz. Wiedziałem, że raczej o spaniu nie było co marzyć.

No i nie marzyłem, ale gdy koło 5 nad ranem zacząłem błagać swoją drukarkę, żeby szybciej drukowała, stwierdziłem, że to zgon.

Zostało mi 3 h do prezentacji, a ja nie dość, że jeszcze nie mam jej zrobionej, to nawet ani razu jej sobie nie powiedziałem.

Pomyślałem – trudno – ległem w łóżku i marzyłem tylko o jednym, żeby usłyszeć budzik.

Dzisiaj chodzę jak Zombi i zastanawiam się, kiedy się zaopadnę w sobie.

Kawa wypływa mi już wszystkimi porami.

Szczęśliwie godzina snu, muzyka na ful, pralka włączona na wieczne wirowanie (1000 obrotów/min), suszarka, golarka, komputer, telewizor włączony na TVN 24, okna w przeciągu i ja w nieustającym pędzie pomiędzy klawiaturą a toaletą, gdzie wydalam, wypluwam, wykrwawiam z siebie wszystko i wszystkich, pozwoliły mi, choć na chwilę zapomnieć o Mopierze Terminatorz, który postanowił mnie dziś wyeliminować z tego padołu łez.

A wszystko zaczęło się tak niewinnie, jak w przeciętnym filmie klasy B. Przypadkowe (niby) spotkanie jakiś rok temu. Powolne poznawanie się nawzajem. On taki oblegany przez wszystkich, ja taki zagubiony, on taki pomocny, ja taki potrzebujący pomocy. Na początku nieśmiało podchodziłem, prawie nigdy sam na sam, onieśmielony nim, zafascynowany, powoli gromadziłem o nim info. Spokojnie i konsekwentnie, raz szybciej raz wolniej zbliżaliśmy się do siebie. Ale jak to bywa w życiu, w nowych miejscach, pierwsza fascynacja szybko minęła, rozpoczęły się nowe znajomości, niektóre nawet ciekawsze, barwniejsze, szybsze, bardziej intymne. Ale on nie był zwyczajny, znał swoją wartość, wiedział, że tamte znajomości są przelotne, że pomimo, że dają one wiele to on ma znacznie więcej do zaoferowania. Podobała mi się ta pewność siebie, ta wszechstronność.

Wszystko zdecydowanie się zmieniło, gdy zmieniłem miejsce, okazało się, że on wraz ze mną, a co więcej wszystko inne zostało na starym miejscu, tak, więc siłą rzeczy zostaliśmy skazani na siebie. Taka sytuacja zmienia relacje, teraz, gdy byłem zdany na niego, gdy z relacji prawie, że prywatnych przeszliśmy na grunt stricte zawodowy zacząłem od niego wymagać, zacząłem oczekiwać i co się okazało? Pewność siebie i nimb doskonałości mija dość szybko w relacjach trwałych i bezpośrednich. Na jaw zaczynają wychodzić słabości, błędy, defekty. Już nie raz zgłaszałem krytyczne uwagi pod jego adresem, mściwe spojrzenie nie opuszczało mnie jak koło niego przechodziłem. Dałbym wiele by się od niego uwolnić.

Dzisiaj chyba postanowił się za to wszystko zemścić. Najpierw rano tak mnie wytrącił z równowagi, że nie byłem w stanie dosłownie myśleć. Dokopał mi psychicznie, mentalnie. Jasno i klarownie pokazał przed wszystkimi, bez owijania w bawełnę jaka ze mnie ofiara, jaki nieudacznik. A jakby tego było mało, że pozbawił mnie godności to jeszcze, gdy wychodząc już prawie do domu, miałem jeszcze sprawę do załatwienia z nim użył siły wobec mnie, nabijając mi takiego guza, że obawiałem się czy nie mam wstrząsu mózgu, a głowa do tej pory mnie boli.

Najgorsze jest to, że po porannym upokorzeniu, nawet nie mam komu się poskarżyć, bo wszyscy uważać będą, że to ja się uwziąłem na niego, a toć to on mnie molestuje.

Jaki morał z tej historii?
Pomyśl dwa razy zanim zaczniesz pracować w miejscu wyposażonym w urządzenie wielofunkcyjne Mopier 320i!!!!

„Kto powiedział, że Łotysze
używają ludzkiej mowy,
z listy zdrowych go wypiszę
pod murami Częstochowy”

z Rymowana rozprawa o wyższości Sarmatów nad inszymi nacjami tudzież o słusznej karze na zatwardziałych, którzy tego poglądu nie podzielają w „rymowanki …” W. Szymborskiej

A o tym, jakiej mowy używają Łotysze można było, choć na chwilę przekonać się w trakcie oglądania Eurowizji – Latvia 2003.
A nawet można było obejrzeć fotki z jednego z najpiękniejszych miast nadbałtyckich, a mianowicie Rygi.
Miasta, które pozwolę sobie zachwalać na każdym z możliwych kroków, miasta magicznego, miasta kociego, miasta kobiet, a w zasadzie jednej kobiety, kobiety symbolu bohaterskiej walki z okupantem, najodważniejszej i najbezczelniejszej kobiety bloku wschodniego, a mianowicie kobiety z pomnika Brivibas Pieminekla.
W czym rzecz?
Otóż ta matka – ojczyzna, a w zasadzie matczyzna Łotyszy była jedynym pomnikiem w bloku wschodnim, który stał tyłkiem do twarzy wodza rewolucji. Otóż jakimś cudem Łotyszom udało się nie tylko ochronić pomnik głoszący chwałę niepodległej Łotwy, co jeszcze wybudować tak pomnik wodza rewolucji, że patrzył on stęsknionym wzrokiem, bez nadziei na powodzenie na zmysłowy tyłeczek tej 100% burżujki, tej szowinistycznej, nacjonalistycznej bogini.
Po części udało się to właśnie dlatego, że Rosjanie byli zbyt dumni aby uczyć się tej psiej mowy, jaką szczekali mieszkańcy tej ziemi.

Szczęśliwie wróciłem z domu I do domu II (jak dobrze, z punktu widzenia komunikacyjnego, lecz strasznie smutno ze względów emocjonalnych, że tylko czasami jeżdżę do domu III; a mocno zastanawiam się czy nie rodzi mi się dom IV (gdzie dom oznacza jakąś konstrukcję emocjonalno-fizyczną, z którą jestem związany zarówno więzami formalnymi jak i uczuciowymi)). Najgorsze jest to, że u dziadka zawsze jest pustynia kawowa, a nawet, jeśli źródełko z kofeiną nie wyschło zupełnie, to siłą przyzwyczajenia nie szukam tej oazy. Teraz po wychłeptaniu dużego kubka z kawopoju mej zabezpieczonej na czarną godzinę kuchni mogę utrzymać swą głowę w pozycji pionowej przez co najmniej 15 min, bo na dłużej nawet kawa w weekendy mi nie pomaga.

PEREIRA POD WPŁYWEM SILNEGO ZDARZENIA KAZAŁ SKAPITULOWAĆ SWOJEMU SUPEREGU I PODDAŁ SWĄ KONFEDRACJE DUSZ (LUB DLA KONSERWATYSTÓW „OSOBOWOŚCI”) AKTUALNEMU „ja” HEGOMONICZNEMU.
W TEN SPOSÓB OPUŚCIŁ MNIE I UKOCHANĄ LIZBONĘ UDAJĄC SIĘ NIEWIADOMO GDZIE I NIEWIADOMO PO CO.
ZASTANAWIAM SIĘ, KOMU ODDAM SWĄ DUSZE I UMYSŁ TERAZ.

„(…): nie mówmy, że nas oszukano, ponieważ nikt nie jest usprawiedliwiony przez to, że padł ofiarą oszustwa; nie mówmy także, że sytuacja odebrała nam odwagę głosu wtedy, kiedy widzieliśmy zbrodnie – bo brak odwagi nie tłumaczy nikogo, choćby dał się historycznie objaśnić, bo człowiek jest odpowiedzialny za wszystko co czyni.” (L. Kołakowski „Śmierć Bogów”

Nie miałem dziś okazji porozmawiać z moim starym druchem.

Zaganiany, tuż przed wyjazdem ze Stollllicy na 29 h tour de Pologne (w tym 10h w autobusie, nocka w domu, obowiązkowe teksty dziadka – „Obciąłbyś włosy!”, „Ogoliłbyś się!”, gdy mój cudowny młodszy brat ma włosy dłuższe niż moja kochana mamuśka ma w jakichkolwiek moich wspomnieniach, nie licząc jej zdjęć z dzieciństwa, gdzie notabene bardzo przypominę mnie w dzieciństwie – mały pulchny prosiaczek, szczęśliwie nie blondyn, bo z rozpaczy zacząłbym kwiczeć, potężna dawka wzruszenia i refleksji przy wyjeździe z Wawy i przy wjeździe do rodzinnego grejdołka, niespotkanie ze znajomymi, których po prostu tam nie ma (biedacy tak jak ja porozjeżdżali sie po świecie, tyle, ze w przeciwiństwie do nich ja tam chcę wracać średnio, choć bardzo mi tam czasami dobrze i raczej mam miłe wspomnienia).

No ale mam nadzieję na króciótką pogawędkę z P. przed jego wyjazdem do sanatorium (stary=uszek musi dbać o zdrowie, a i wzrusza się ostatnio co nie miara).

I znowu skonfundowany poszedł na przedyskutowanie sprawy ze zdjęciem swojej zmarłej żony.
W zasadzie to go rozumiem, ale z drugiej strony trochę mnie drażni, że w ten smutny sposób obnosi się ze swoją samotnością.
Co prawda mnie też się zdarza, że prowadzę zażarte dysputy z jakimś niezidentyfikowanym „ja”, ale nie staram się robić z tego wielkiego halo, symbolu niewiadomo czego i przedmiotu niewiarygodnego podziwu. Co więcej myślę, że dobrze mu jest samemu, że już przywykł tylko do własnej obecności i, że stroni od ludzi celowo. Zastanawiam się nawet czy przypadkiem nie uważa mojej obecności za narzucanie się, za żerowanie na jego niemożności powiedzenia nie, na jego ostatniej nadziei, że może jeszcze w życiu coś dokonać. Ciekawe kto jest komu bardziej potrzebny ja jemu czy on mi, a może jak w każdej sensownej relacji jesteśmy od siebie wzajemnie zależni. Ale to przecież banał, komunał dla nienasyconych pensjonarek (pisarzem, który uczynił mi największą przykrość był, jest i chyba będzie Żeromski i to poprzez jedną z moich ulubionych książek ogólnego wykształcenia, a mianowicie „Ludzi bezdomnych”), toć to zawsze jest tak, że ktoś na kimś żeruje, żeby kto inny mógł żerować na kimś innym (ale to też nie jest moja myśl oryginalna).

Powoli zaczynam się wgryzać w to wielkie, schorowane i dostające zadyszki ciało.
Jego przesiąknięty cytryną pot, jego uwielbienie dla omletów z serem i tendencje do zapominania o tym, co się dookoła dzieję.
Szczęśliwie nie dostrzegam obok siebie skrajnych postaw wobec których moja/jego indyferencja musiałaby zająć stanowisko, ale może to być wynikiem mojego/jego zaślepienia.

Czekam z niepokojem na jego twierdzenia, na spokojny monotonny wywód, który sprawi, że jaśniej dojrzę granicę swej własnej obojętności. Boję się trochę, że jestem zbyt zaangażowany, aby zrozumieć jego odobojętnienie a może doobojętnienie. Choć czy Pereira mógłby wykroczyć poza zaklęty intelektualny krąg niezaangażowania skoro sny dyskutuje jedynie na prywatnym forum?

Pereira opuszcza Lisboa słuchając Gorillaz.
Stukot kół pociągu w rytmie 5/4 przenosi go już dzisiaj do jutra.
W biurze na drzwiach kartka stwierdza „Wracam w połowie przyszłego tygodnia”.
Wagon restauracyjny jest świadkiem jak lemoniada po raz kolejny wygrała z aperitifem.
A Tag już tylko w myślach wije się przez miasto skrzyni.

Sunę przez klatkę odmóżdżony, wnętrzności wysyłają sygnały „Nie zapomnij popaprańcze, że długo tak nie pociągniesz”. Kontempluje tą aberrację, to indywidualizujące właśnie ten wieczór cierpienie. Myśli żłopią pozostałości kałuży po szczynach psa zapładniającego wszystko co popadnie.

Miałem, chciałem, myślałem o tym, żeby napisać dziś coś o „… twierdzi Pereira”, o jej związkach z „Księgą niepokoju” Pessoa, o jej ociekającej potem, dusznej atmosferze, o jej bohaterach pijących lemoniadę i tylko czasami aperitif, gdy wiedzą, że lemoniada byłaby nie tym, o jej próbie zobrazowania totalitaryzmu oczyma przeciętnego, szarego intelektualisty, ani bohatera ani tchórza, zwykłego twierdzącego Pereiry.

Ale nie napiszę, bo przed chwilą ściąłem się przez telefon, wyładowałem swoje zmęczenie i swój stres, zmuszając, prowokując do trzaśnięcia słuchawką. A teraz mogę tylko myśleć o tym czy powinienem oddzwonić czy też powinienem się zjeżyć i czekać na telefon, wiedząc, że obydwoje cierpimy, że obydwoje myślimy o tym, że pieklimy się w środku, że zastanawiamy się, kto pęknie i zadzwoni pierwszy, o tym, że pierwszy telefon po ścięciu zazwyczaj kończy się jeszcze większym spięciem, że teraz wyciągamy już broń cięższego kalibru, że teraz jeszcze wiem, o co chodzi, ale już za chwilę, po sygnale telefonu, gdy furia znowu wybuchnie, gdy zaleje nas powódź drobiazgów i strumień łez nie będę wiedział.

Zadzwonię. Teraz moja kolej.

Coraz częściej ogarnia mnie wrażenie zamknięcia w klatce.
Coraz częściej nie mam siły żeby starać się z niej uciekać.
Coraz częściej myślę o tym co robię.
Coraz częściej dostrzegam miałkość tego co robię, tego co mówię, a co najgorsze tego co myśle.
Coraz częściej myślę o zdecydowanym wyzwoleniu ze swej ograniczoności.

tysiące małych żółnierzyków wybiegło w nocy na miasto
mało kto się spostrzegł, że w ogóle opanowali oni ich domy, mieszkania, że zniwolili ich bliskich
co wraźliwsi dostrzegali jakieś dziwne oznaki dysharmoni, ale kładli to na karb swojej nadwrażliwości

tysiące małych żołnierzyków ulokowało się w mieście za dnia
mało który mieszkaniec spostrzegł szańce wybudowane w końcie jego ulubionej kanapy czy palarni
jedynie dzieci intensywniej i przekorniej odmawiały wchodzenia do ciemnych pomieszczeń oraz pozostawania samymi
no ale kto traktuje dzieci poważnie

tysiące małych żołnierzyków zorganizowało desant kolejnej nocy
ale jedynie nieliczni mieszkańcy byli świadkami spustoszenia,
a że byli to głównie lunatycy, nocne marki i inny niepożądany w miasteczku element,
to nikt z mieszkańców nie przejął się tymi bredniami

tysiące małych żołnierzyków poległo na murach obronnych stałych mieszkańców,
niedobitki wróciły skąd przybyły, aby zaatakować ze zdwojoną siła, a jak będzie trzeba to ze strojoną i jeszcze zentowaną
ale co to obchodzi mieszkańców małego miasteczka

Siedzę przed monitorem Łokcie na stole Dłonie przy ustach
Sklepienie kolebkowe
Zmęczone oczy łzawią

Niewielka ilość alkogolu zadawkowana w miłym towarzystwie
Przy okazji kontrdeklaracji

Palce lewej dłoni milutko głaszczą moją szyje
Czuje dużą przyjemność
Najbardziej mnie przypomina to głaskanie matki przed snem

Standardem wpojonym mi w dzieciństwie przez rodziców było relacjonowanie świata w sposób prawie realistyczny, ale zawsze z pewnymi lukami. Zawsze należało mówić prawdę, ale, po co mówić prawdę, gdy ona zbytnio boli. Wtedy lepiej pomilczeć. Taki rachunek ekonomiczny.

Ale kłamstwo (do tej pory nie zawsze wyczuwam subtelną różnicę) było mocno potępiane. W zasadzie w dzieciństwie (które dla mnie czasami trwa wciąż) raz tylko jawnie i nieudolnie okłamałem rodziców, gdy chciałem pojechać na imprezę do Rzeszowa.

miejscowość: N.
miejsce: urząd, konkretnie nie wiem jaki, ogólnie biurokracja
czas: jakieś 17 lat na zad
osoby: I., Urzędniczka

I: Dzień Dobry
U: Dzień Dobry
I: Chciałabym załatwić X
U: To kosztuje Y
I: Proszę (wyciąga jakiś banknot przed denominacją)
U: Niestety nie mogę Pani wydać
I: Ale przecież ma Pani drobne?
U: Tak, ale jak Pani wydam to nie będę miała dla innych.
I: Ale przecież to jest niski nominał.
U: Tak, ale nie będę miała jak wydawać innym. Musi Pani to rozmienić.
I: Tak!!!

I. wyszła nieznacznie rozwścieczona. Ten babsztyl za tym urzędniczym biurkiem po prostu ją wkurzyła swoją bezmyślnością, lenistwem i brakiem dobrej woli. Zamiast udać się do najbliższego sklepu I. poszła na pocztę. Po chwili stania w kolejce rozmieniła pieniądze.

I: Dzień Dobry!
U: Dzień Dobry!
I: Chciałam zapłacić za ten wypis.
U: Y PLN

I. wyciąga z torebki dwa woreczki z 1 groszówkami.

I: Proszę odliczyć!
U: Pani żartuje?
I: Nie, przecież nie miała Pani drobnych.
U: No tak, ale.
I: Proszę!
U: Jest Pani bardzo złośliwa!!!!
I: Dziękuje!

W Lejkę uczestniczyłem w Ślubie moich wspaniałych znajomych A. i E.
Jako ich świadek powinienem był wygłosić mowę, ale jakoś o tym nie pomyślałem wcześniej i w momencie, kiedy zalała mnie fala konieczności przemówienia do zgromadzonych, stwierdziłem, że nie będę się jej opierał i, że powiem to, co mi akurat ślina na język przyniesie, a że akurat ślina była wzbogacona wcześniej w stymulatory emocji to nie mogła mi przynieść niczego sensownie wartościowego.

Ogólnie nikt chyba poza mną i tą niezidentyfikowaną falą nie odczuwał potrzeby słuchania tego, co mam do powiedzenia, ale ja mając w ręku mikrofon nie mogłem się oprzeć by tak z nim stać i czerpać przyjemność już z jego trzymania, tak jak czerpie się przyjemność z trzymania w ręku kubka z ulubionymi lodami jajecznymi od Suchojada.

Więc stałem z tym mikrofonem, a obok mnie identycznie ubrany, w czarny garnitur, w srebrne prążki stał gość, chyba podobny do mnie i coś mówił, mielił językiem. Trochę mnie to zdziwiło, ale po chwil zastanowienia pomyślałem, że to pewnie jeden z setki moich sobowtórów. Nawet się ucieszyłem, że w końcu któregoś ujrzałem, bo ileż razy można słuchać o tym, że ktoś zna kogoś podobnego do mnie, nigdy go nie widząc. Boże czy inni też odczuwają taką przykrość posiadania na każdym kroku osobnika podobnego do nich. Kurcze zupełnie nie rozumiem klonowania, ogólnie to mi rybka czy inni się klonują, ale przy takiej liczbie sobowtórów obciążanie swojego nadszarpniętego indywidualizmu dodatkowo jeszcze klonami, byłoby formą samounicestwienia.

Więc stałem z tym mikrofonem, myśląc spokojnie jak zacząć tą przemowę, gdy A. krzyknął żeby temu gościowi w identycznym garniturze do mojego (kurcze, straszny obciach, taki sam garnitur mieć jak inny gość, mój indywidualizm w tym miejscu został, chyba bardziej podcięty niż przez fakt, że gość był podobny do mnie, no bo na to, że był podobny do mnie nie miałem wpływu, a na wybór garnituru spory, tzn. taki sobie, bo jak zwykle przy kupnie garnituru decyzję podjęło kolegium ds. pomocy osobom upośledzonym estetycznie) odciąć zasilanie, bo strasznie truje. Nawet się ucieszyłem, bo na tak kiepskim tle to mogę wypaść nawet ze ślinotokiem dość dobrze.

Moje zdziwienie nie miało granic, gdy po głębokim wdechu wydechnołem powietrze nie do mikrofonu, a na kolana Ag.. W zasadzie się nie zmartwiłem, choć w głowie powstał żal, że gdzieś jakimś dziwnym trafem nie dana była mi szansa wygłoszenia takiej pięknej przemowy. Dopiero byłem zdziwiony, jak ktoś z nieznanych mi gości podszedł do mnie, klepnął mnie w plecy (okropny zwyczaj, a do tego mnie garnitury, szczególnie ten czarny w srebrne paski, który podobno miał się nie miąć, ale jak zwykle się mnie, a ja zaufałem temu sprzedawcy tak silnie, że jeszcze kupiłem koszulę i kurtkę, a potem do końca miesiąca chodziłem po znajomych, żeby mieć, co włożyć do ust, a moje plany odchudzania spełzły na niczym, no bo jak można się odchudzić na dobrej, ciepłej strawie w miłym towarzystwie, przy kropelce czegoś pysznego) i powiedział „Dzięki stary zarobiłem na Tobie ładny kawałek grosza”. Przez chwilę, zjeżyłem się, że może ktoś mnie puścił w obrót, ale po chwili przypomniałem sobie mój wielki brzuch i pomyślałem, że to nieprawdopodobne. Robiąc wielkie oczy, spokojnie wydałem coś na podobieństwo ludzkiego głosu w pytaniu-stwierdzeniu Taaaaa? „Taaaa”, odrzekł jegomość, „oni obstawiali, że zaliczysz zgon znacznie wcześniej.”

Oburzony i zdegustowany wróciłem na kolana Ag., no bo to szczyt chamstwa nazywać zgonem zwykłe zmęczenie wywołane zabawą.

Takie perełki można znaleźć na stronach międzynarodowych bezdusznych megakoncernów:

Happiness……

We convince ourselves that life will be better after
we get married, have a baby, then another. Then we’re
frustrated that the kids aren’t old enough and we’ll
be more content when they are. After that, we’re
frustrated that we have teenagers to deal with. We’ll
certainly be happy when they’re out of that stage.

We tell ourselves that our life will be complete when
our spouse gets his or her act together, when we get a
nicer car, are able to go on a nice vacation, when we
retire.

The truth is, there’s no better time to be happy than
right now. If not now, when?

Your life will always be filled with challenges. It’s
best to admit this to yourself and decide to be happy
anyway.

One of my favorite quotes comes from Alfred D. Souza.
He said, „For a long time it had seemed to me that
life was about to begin – real life. But there was
always some obstacle in the way, something to be
gotten through first, some unfinished business, time
still to be served, or a debt to be paid.

Then life would begin. At last it dawned on me that
these obstacles were my life.”

This perspective has helped me to see that there is no
way to happiness.

Happiness is the way. So, treasure every moment that
you have and treasure it more because you shared it
with someone special, special enough to spend your
time with…and remember that time waits for no one.

So, stop waiting until you finish school, until you go
back to school, until you lose ten pounds, until you
gain ten pounds, until you have kids, until your kids
leave the house, until you start work, until you
retire, until you get married, until you get divorced,
until Friday night, until Sunday morning, until you
get a new car or home, until your car or home is paid
off, until spring, until summer, until fall, until
winter, until you’re off welfare, until the first or
fifteenth, until your song comes on, until you’ve had
a drink, until you’ve sobered up, until you die, until
you’re born again to decide that there is no better
time than right now to be happy.

Happiness is a journey, not a destination.

Thought for the day
________________
Work like you don’t need money,
Love like you’ve never been hurt,
And dance like no one’s watching.

D. do R.

„Twój poprzedni list oczywiście strasznie mi się podobał. Zrobił jednak na mnie tak solidne i dogłębne wrażenie, że nie wiele już byłem w stanie wycisnąć z mózgu. Może byłoby łatwiej gdybyś listy zaczynał od krótkich streszczeń, przeznaczonych dla mniej rozgarniętych, choć ciągle wrażliwych czytelników – takie „executive summary” dla opornych. Podobni jak w przypadku oper naprawdę wielkie dzieło należy poprzedzić uwerturą. Czytelnikowi wprowadzonemu w trans, z grubsza łapiącemu przesłanie oraz idea następującego tekstu, łatwiej będzie zrozumieć i świadomie analizować płynącą z tekstu i kontekstu myśl.”

R. do D.

Obawiam się, że Twoje oczekiwania wobec mnie przerastają moje możliwości.
Niemożność wynika choćby z tego, że moje niezorganizowanie, niecierpliwość
I szybkie popadanie w znudzenie sprawiają, że nie jestem w stanie wyrazić się w formach rozbudowanych, klasycznie epickich. Zważając na to staram się realizować w małych, subtelnych foremkach, które jednak jak widzę nie są przez wszystkich łatwo przyswajalne. J.S. Lec jednak ze mnie nie jest i być nie będzie, nie mogę jeszcze bardziej skondensować swoich myśli. Aforyzmy są mi nie tyle obce, co nie dostępne.
Poza tym zawsze wierzyłem, że myśli są dziełem Boga i, że człowiek powinien zaprzestać ich analizy czy celowego tworzenia, one po prostu powinny się rodzić jak zarazki w Średniowieczu z niczego, ot tak, zwyczajnie, po prostu.

D. do R.

Boga? Czyżbyś był demiurgiem (to chyba objaw jakiejś traumy z dzieciństwa)

R. do D.

A kto to jest demiurg?

D. do R.

Taki jak ty, tylko trochę mniej wścibski.

R. do G.

Nie jestem, aż tak płytki żebyś mnie mógł zwieść taką wymijającą odpowiedzią.
Pragnę ścisłej definicji, może być z rycinami itp.

- Śliwce jest gorąco!

· Unbelievable!!!!

- Wiem!!!

· Ty tak na nią działasz:)

- E chyba nie. Taka rozłożona przyszła po spotkaniu z Jackiem:)))

· E, a ja myślę, że tak!!! No, bo wiesz, jakby tej szafki nie było i gdybym mogła Cię widzieć, to też nie włączałabym 30 stopni:)))

- Zawsze marzyłem o tym żeby być piecykiem.

· No widzisz, firma realizuje Twoje marzenia!

czasami zamieniam się w coś takiego miękkiego, puszystego, troszeczkę galaretowatego co porusza się po świecie jak ameba, nie stawiam kroków a sunę przez świat

nie wiedziałem jak nazwać ten stan, jak określić go, jak łatwo go sklasyfikować, jak dobrać słowa, które go oddadzą mnie tak jak np. nieskoordynowany delfin (nazwanie stanu bardzo podobnego, jednak subtelnie różnego, stanu jakby plecami do tego, który teraz mnie opanował)

i na dzisiaj znalazłem taką nazwę, takie nazwanie, takie imię, taką konstrukcję
nie wiem czy się u mnie zagnieździ, czy się nią troskliwie zaopiekuje czy też wyrzucę na śmietnik historii jak setki innych nazw niewyrażalnego

a imię tego PIES ZWANY KAMIZELKĄ

Jechałem dziś w autobusie, był niezbyt zatłoczony, były miejsca siedzące, ale choć me ciało po całym dniu siedzenia pragnęło nadal siedzieć stwierdziłem, że postoję, a w zasadzie poleżę stojąc. Może to dziwne jak można leżeć stojąc w niezatłoczonym autobusie, ale dla wszystkich pasażerów Autobus Roku 1999 jest to jasne – kółko jamnika.

A w zasięgu mojego wzroku sami mili ludzie, ludzie obdarzeni niezwykłą empatią, ludzie, dla których musiałem stanowić otwartą kartę:
- 3 dziewczyny z WSPS (Wyższa Szkoła Pedagogiki Specjalnej) – opowiadały zabawne historie o swych podopiecznych, ale z początku rozbawiony zamieniłem się w smutnego misia, gdy dotarło do mnie, że ludzie są czasami tak nieszczęśliwi i że ja nie byłbym zdolny do takiego poświęcenia dla innych
- para zbrukanych życiem, on w dresie z jakiegoś kraju posługującego się językiem ugrofińskim, ona z bzem w rękach – choć zapijaczeni sprawiali wrażenie strasznie miłych ludzi, choć unosił się od nich lekki fetor, mogący rozdrażnić w południowo zatłoczonym autobusie, teraz wieczorem sprawiał, że byli jeszcze bardziej ludzcy, wzruszyła mnie ich bezbronność i bezradność, spokój i zadowolenie wbrew
- cudowny PIES ZWANY KAMIZELKĄ ze swą troszeczkę niezrównoważoną właścicielką- psiunia była taka jaką bym chciał być, gdyby wierząc w reinkarnacje miałem się ponownie narodzić jako pies – psiunia była szczuplutka, pewnie gdyby nie wspaniałe, przecudne kudłate futerko można by było podziwiać jej albumowo wyrzeźbione mięśnie, a najcudowniejsze było to marnotrawstwo natury, że ten idealny modelik został zasłonięty tymi kudełkami, kudłaczkami, kudolętkami
- inni – nie zwróciłem na nich uwagi – PRZEPRASZAM WAS MOJE WYRZUTY SUMIENIA, WSPÓŁBRACIA HIOBOWSKIEGO KAPRYSU

Obok tego sielankowego, magicznego obrazu towarzyszyła mi jak zbyt silna przyprawa w doskonałym daniu, która co prawda nie rujnuje dania w oczach i kubkach smakowych jedzących, ale jest jak drzazga w sercu kucharza – kAMIZELKA.
Nie jakaś zwykła kamizelka lub KAMIZELKA, ale właśnie dokładnie kAMIZELKA.
Takie coś okropnie szarego, z zamkiem po środku, zapinana do ¾, z kieszeniami. Istny wrzód na dupie, estetyczny występek. A co gorsza nosi to to pół miasta. Gdzie się nie ruszyłem, gdzie się przed tym nie chowałem, to wciąż na to trafiałem. Straszne, muszę kończyć, bo jak to sobie przypominam zaczyna mnie ogarniać istne przerażenie.

[„Czuje się jak paczka rozsypanych groszków” – urocze czy nie?]

W katolickiej części Łotwy tj. w Latgalii (tzn. koniuszku, krańcu Łotwy) nie ma zwyczaju obchodzenia Wszystkich Świętych tzn. święta smutnej refleksji nad tymi, którzy odeszli, ogólnonarodowego spędu do cmentarnych wodopojów, ferii barw i kolorów nocnych nekropolii. Nie ma tam również niczego na podobieństwo litewskich Dziadów, choć jeśli gdzieś w naszej części świata mogłyby się one odbywać to tylko tam, tam stykają się ze sobą kultury, które wyrażał Micek litewska, białoruska, polska i latgalska (lepiej u Nas znana jako żmudzka).

W katolickiej społeczności Łotyszy (a w zasadzie, gdy mówimy o katolikach na Łotwie to albo myślimy o Polakach (ale oni trzymają się bardziej Rosjan i dla spokoju sumienia muszę stwierdzić, że za Łotyszów ich nie uznaję) albo o Latgalcach; pozostali Łotysze, o ile są wierzący to oddają cześć Naszemu Panu w protestanckich bożnicach, najczęściej luterańskich, z największym kościołem krajów nadbałtyckim Doma Baznica i z przepięknym kościołem Św. Piotra na czele) o zmarłych pamięta się w obrzędku nazywam przeze mnie Dniem Cmentarnym.

Każdy Cmentarz ma go w innym dniu, dzięki czemu jest on bardziej intymny, ograniczony do małych społeczności. W przeciwieństwie do Wszystkich Świętych zazwyczaj przypada on na miesiące letnie, więc towarzyszy mu słońce, kwiaty i wiele ciepła. Ludzie są pogodni, uroczystości raczej duszne niż pospieszne. Po części oficjalnej (msza, wspominki), dotychczas zwarta komuna rozpada się na rodzinne kliki, które nie tyle zaczynają modły nad grobami co zaczynają przygotowywać imprezkę. Stare kobiety zza swych wielowarstwowych spódnic wyciągają samogon, ich mężowie drepczą do wozów z jednym chuderlawym konikiem po kosze jedzenia, a młodzi szukają jakiegoś miejsca na cmentarzu lub obok niego, aby przygotować miejsce rodzinnej biesiady.

Zmarli są obok ale jakby wciąż razem, nie są wyizolowani ale zasymilowani. Wódka płynie strumieniami, tak że człowiek bardzo często nie spostrzega kiedy przekracza barierę pomiędzy jawą i snem.

Zazwyczaj nie rozumiem ludzi.
Nie to nie do końca prawda, ja rozumiem ludzi, jak się zastanowię to nawet bardzo dobrze, tyle tylko, że nie zawsze mam czas i ochotę wgryzać się w mechanizmy podejmowania decyzji przez innych. Zazwyczaj idę na łatwiznę i po prostu dopasowuje działania i zaniechania innych do swej miary, a wówczas okazuje się, że nie rozumiem, dlaczego ktoś postąpił tak, bo według mnie to powinien postąpić inaczej.
Np. dziś, nie wysiliłem się w rozmowie z A. i nie wczułem w jej sytuację. A.ma do dyspozycji 2 mieszkania, przy czym w jednym jeszcze mieszka jej brat (ale ma się wyprowadzić), a drugie jest o 10 min. dalej niż pierwsze od jej pracy i jest trochę mniejszego standardu. No i A. nie wie zupełnie co począć, wyprowadzić się do tego dalszego i mieć z głowy brata (ale wówczas brat może nie mieć mobilizacji do szybkiego opuszczenia jej lokum) czy zostać w tym, w którym teraz mieszka, żeby pozbyć się brata, ale cierpiąc na konieczność dzielenia z nim przestrzeni życiowej. Ja oczywiście zbyłem to jakimś wykrętem, że może to, a może tamto, a tak w ogóle to się zobaczy. Zbyłem to, bo sam nie mam takiego problemu i nie czuje, że może to być jakiś problem. Straszne.

14:58
klik klik
X X X X X X X X X
Shut Down
Yes

stuk stuk stuk
- to na razie
- już idziesz?
- tak jestem już spóźniony
stuk stuk stuk
J
stuk stuk stuk
J
ksz ksz
stuk stuk stuk
- dowidzenia
stuk stuk stuk
stuk stuk stuk

15:14
drzwi się zamykają
następna stacja Metro Wilanowska

15:21
stuk stuk stuk
stuk stuk stuk
J
stuk stuk stuk
- cześć! co wy tu robicie?
- idziemy na piwo, zrywamy się z zajęć
- nikt nie idzie?
- nie, dzwoniłem do ciebie
- byłem w metrze, no to jak nie ma to nie ma, ale ja już nie mam zbędnych nieobecności
- idziemy na Pola
- nie idę, mam straszne zaległości
- ok.
- no to cześć
- przecież za godzinę mamy razem zajęcia
- ok.
stuk stuk stuk
stuk stuk J

„Męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”
(jakaś piosenka Alicji Majewskiej)
M. dodała- „ta tylko znajdź sobie taką”.
Czas Penelop bezpowrotnie minął.

„Ach, już beze mnie, przez tysiące lat
Rozkwitać będzie Róża, kwitnąć Wiosna,
Lecz Ci, co zrozumieli tajemnie me serce,
Przyjdą tu i odwiedzą ten grób, gdzie spoczywam.”
(E.M. Forester „Droga do Indii”)

Wczoraj w trakcie kąpieli znalazłem na wewnętrznej części uda, nieznacznie powyżej kolana narośl (jakiś tłuszczak, tak w każdym razie zanalizowali to moi rodzice). Zacząłem się zastanawiać nad śmiercią.
Chyba nie jestem na nią gotowy.

Dzisiaj w trakcie kazania zacząłem się zastanawiać, dlaczego siedzę w tym kościele (raczej chodzi o Kościół przez duże K). I choć ksiądz Niewęgłowski zakończył, jakby przesłaniem, „BO WIERZĘ”, ale ja nie wiem.
Mógłbym co prawda nagle przestać uczęszczać w niedzielnych mszach świętych, tylko to wydaje się takie proste, takie wygodne, takie oczywiste, że aż nie chce tego robić.

Odczytałem wczoraj odpowiedź na swojego maila do J.. Jest zabawna i wymaga riposty, którą zresztą obiecałem, ale nie mam siły żeby ją napisać. Czuje się tym przytłoczony. Nie potrafię zripostować, a nie mam odwagi napisać, że nie stać mnie na ripostę na poziomie.

Mam w środę kolokwium. Nie znoszę tego przedmiotu, a nie potrafię robić rzeczy, których nie znoszę (5 lat zdawałem egzamin na prawo jazdy, w tym 4 lata nie byłem w stanie zdać testu [i nie dlatego, że jestem kompletnym kretynem]). Tak więc od tygodnia ogarnęła mnie permanentna śpiączka nerwicowa. Dzisiaj była tak silna, że zbyłem rodziców po 10 min rozmowy.

Byłem wczoraj na „Stosunkach Klary” w reżyserii Krystiana Lupy. Dziwne przedstawienie. Wyszedłem po nim prawie chory. Sceny długie, dialogi w zasadzie nudnawe, gra aktorów taka sobie (no może z wyjątkiem świetnej Mai Ostaszewskiej), golizna jakby na siłę. W zasadzie to przedstawienie było jakby na siłę, jakby reżyser chciał nam przeszczepić niemoc Klary, jej zdewastowaną egzystencję, jakby przydługawymi scenami, schematycznymi wątkami dawał mózgom widzów czas na analizę tego, co dzieje się z duszą Klary. Wszystko było ascetyczne, a jednak jakby zawsze czegoś było za dużo.
Klara nie daje mi spokoju, tkwi w mojej apatii, w zwątpieniu, w niemocy.

Czasami czuje się, że Bóg przesłał iskierkę, że nostalgia de Italia, że plac Bankowy, że skrzynia Pessoa, że kolumny Koryntu mają sens, że potrafię wyrazić to, co jest we mnie tak, że aż ogarnia mnie głębokie poczucie prawdziwego zadowolenia. Myśli radośnie pląsają, a słowa same jakby natchnione Duchem Świętym układają się w moją własną Pieśń nad Pieśniami.

Dowiedziałem się od A., że mojej okulistce udało się w końcu popełnić samobójstwo (zastanawiam się (a w zasadzie jak to już zapisuje, a może lepiej wklepuje to zastanawiałem się), gdzie umieścić „się”, gdzie „w końcu” w tym zdaniu, a może zrezygnować z „w końcu”, ostatecznie jest tak jak widać). Ostatecznie zmusza mnie to do znalezienia okulisty w Wawie.

Nurtuje mnie ostatnio obok kilku innych bolączek kwestia wierności. Zarówno wierności samemu sobie, wierności ideom, wierności wobec drugiego, bliskiego człowieka. Na ile potrafię być wierny? Czy słowo wierność w pewnym sensie nie jest słowem z założenia kłamliwym w moich ustach?

Odnoszę wrażenie, że jakąś permanentną część mnie stanowi niedopowiedzenie. Jest to obszar wolności, przestrzeń do życia. Gdy się zastanowię to znajduję, że w relacji z każdym dzieli mnie bariera niedopowiedzenia. To tak jakby ludzie byli identyfikowani we mnie poprzez to, co im nie powiedziałem, a nie przez to, co im powiedziałem.

RT do DG

Czemu nie chcesz zobaczyć jeszcze raz pradawnego grodu piastowego? :( (
R.

DG do RT

„Bo to nudne miasto. Już wolę sobie pospać, zresztą mam jeszcze do dokończenie „Okręg Sinistra”. Książka jest rewelacyjna, bez żadnych transcendentnych smętów, w sam raz taka jaka powinna być. : ) ) ) ) )
dg …………………”

RT do DG

Jestem wykończony, zastanawiam się czy też nie powinienem się wyspać.
Ostatni raz jadłem coś sensownego w ubiegły poniedziałek, potem się zatrułem, więc mnie tylko czyściło, jak mnie przestał brzuch boleć to zaczęło mnie boleć gardło i ogarnęło przeziębienie. Wczoraj jak kretyn wypiłem dwa piwa na pusty żołądek. I poszedłem spać znacznie za późno, no bo jak głupi stwierdziłem, że muszę być przecież przygotowany na zajęcia. Cały dzień słaniam się na nogach pomiędzy pracą a szkołą. W ogóle nie myślę, zadzwonił Jacek rzucił Wrocław, rzucił jutro, a ja rzuciłem wszystko i jak piesek stwierdziłem „Tak :P ”. Potem musiałem jeszcze wszystko poodkręcać, rozczarować Ciebie, Misia. Teraz gnębi mnie poczucie winy (takie straszne [wrażliwy czytelnik sięga teraz po chustkę i delikatnie ociera kurz z oka]). A na dodatek, muszę za chwilę pojechać do Pawła i pomóc mu się przeprowadzać, tzn. bardzo chce mu pomóc i strasznie się cieszę, że mnie poprosił o pomoc, ale jestem taki zmęczony (naprawdę wrażliwy czytelnik odsuwa głowę od ekranu, sięga po chusteczkę i wydmuchuje nos). Co gorsza mam taki straszny katar (nigdy takiego nie miałem) (a tu czytelnik, który odkrywa, że obiecał piszącemu przesłać info z nazwą lęku przeciwko katarowi, nieznacznie się czerwieni, robi mu się trochę głupio, ale co tam), że mi już uszy wysiadają od wykatarzania nosa. A nie mówię już o tym, że nie mam siły na myślenie jak wrócę do domu i jak logistycznie rozwiąże problem z jutrzejszym dojechaniem porannym na dworzec.
Chce mi się wyć (wrażliwy czytelnik też zaczyna łkać, najpierw subtelnie, a po chwili bez skrępowania, ale co pomyślą koledzy w biurze).
Jeśli nie dożyję jutra to pomyślę o mnie ( i o tym leku, który mógł mnie uratować)
R.

Zaskoczony

Brak komentarzy

Będąc osobą dość naiwną powinienem ciągle chodzić zaskoczony, że świat funkcjonuje trochę inaczej niż to sobie wyobrażam, ale na szczęście jestem również nadzwyczajnie niespostrzegawczy. Ten dobór cech pozwala mi na dość spokojne przyjmowanie rzeczywistości. Czasami jednak wydarzenia wydają mi się nadspodziewanie nieprzewidywalne, a wówczas czuje, że coś mnie wewnątrz nosi. Nie mogę się uspokoić, bo coś zadziałało inaczej niż to sobie ubzdurałem.

Właśnie tak się czuje dzisiaj. Na jednym z wykładów zaskoczyło mnie wszystko, począwszy od dyskusji o technikach seksualnych, jakie rozpoczął prowadzący wykład po dość płyciutkim żarciku rzuconym z sali, poprzez moją niemożność wypowiedzenia jakiejkolwiek sensownej riposty na dość błahe przytyki, a na stresie wywołanym niewłaściwym usadowieniu się na sali wykładowej kończąc.

Pierwszy raz ujrzałem W. w Łazienkach, nie pamiętam dokładnie, jaki to był miesiąc, ale na pewno było ciepło, wokół pomnika Chopina kwitły już w pełni róże, a przy pomniku odbywał się koncert fortepianowy. Byłem tylko raz w życiu na koncercie fortepianowym w Łazienkach i właśnie wtedy E. wskazała W.. Potem latami mijaliśmy się na korytarzach i niech tak zostanie!

Autobus

2 komentarzy

wsiąść do pociągu byle jakiego
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet
ściskając w ręku kamyk zielony
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle

Takie chyba w przybliżeniu słowa pieśni Magdy Czaplińskiej, bo nie wiem czy cytat jest dokładny, śpiewa Maryla Rodowicz w jednym z moich ulubionych kawałków polskiego popu (a może uczciwiej by było powiedzieć w jednym z moich ulubionych songów, nie dzieląc muzy na niską czy wysoką, dobrą lub złą, czadową lub kijową itp. itd.).

Czasami człowiek marzy o czymś takim, o takiej niewiarygodnej, wspaniałej, po prostu niezwykłej ucieczce, ale niestety rzeczywistość zazwyczaj nie pozwala na realizacje takich mrzonek, A może po prostu rzeczywistość to tak naprawdę nic a nic nie obchodzi (co by się nie wyrazić wulgarnie, ale dosadnie, że to ją gówno obchodzi), że to jest tylko i wyłącznie nasz kulturowy wybór. Ale czy słowo wybór jest tu na miejscu, czy to jeszcze leży w zakresie mojego, Twojego, ich wyboru, czy może cała gadanina o wolnej woli i wyborze to tylko mrzonki dla grzecznych dzieci, że są grzeczne, dlatego, że dokonały właściwego wyboru i, że mogą spokojnie zmrużyć oczka, bo nie mają sobie nic do zarzucenia. A może nie ma wyboru, jest tylko cholerne zdeterminowanie, że tak naprawdę naszym życiem rządzi hasło „Predestynacja głąbie”.

Może to, że od czasu do czasu uwielbiam wsiadać do byle jakiego autobusu i jechać nim do momentu, aż mnie to nudzi, aż mi się robi mdło, aż zaczynam odczuwać, że moi współtowarzysze bolączki podejrzewają, że nie jadę tym autobusem w żadnym konkretnym celu, że robię to zupełnie bez sensu, że zakłócam ich jasno zdefiniowaną rolę w tym autobusie, rolę pasażera.

Każdy z nas ma, bowiem rolę do odegrania w tym szalonym teatrze, jedni są aktorami inni widzami, jedni się nam śnią inni nas sobie śnią. Gdzie jest jednak szalony scenarzysta?

Latarka

Brak komentarzy

Okrągły stół zbity z desek, logo Żywiec po środku. Na nim trzy kufle (każdy z innym piwem) i butelka Calsberga. Siedzimy. Rozmawiamy. Nawet lubię te rozmowy, są trochę sztuczne, trochę zbyt problematyczne, trochę przerastające mnie.

Gdzieś w połowie Calsberga i w trakcie rozmowy o języku Boga podchodzi małe dziecko (tak 7-10 lat, ale dokładnie nie wiem, bo nie przebywam w towarzystwie takich małych dzieci i nie potrafię określić dokładnie ich wieku) i proponuje nam, chyba J. sprzedaż latarki. Małej szarej latareczki. Za 4 PLN. Nie znoszę takich sytuacji, strasznie czuje się zażenowany, nie wiem, co w takich sytuacjach zrobić. Najchętniej bym wtedy zniknął, rozpłynął się lub zamienił w posąg z tym kretyńskim uśmiechem „przepraszam, że żyje” na twarzy. Zazwyczaj, gdy mam możliwość decydowania mówię „Dziękuje” z przepraszającym tonem w głosie. Jednak tym razem piłeczka nie była po mojej stronie. B. i J. zaczęli rozmawiać z tym dzieckiem. Zaczęli go pytać: dlaczego ją sprzedaje, czy rodzice o tym wiedzą, po co mu te 4 PLN. Zaczęło mi być szkoda tego dziecka, starałem się wczuć w jego sytuację i wyobrażałem sobie, że musi mu być strasznie źle w tym ogniu pytań. Chciałem żeby już przestali. Ale tak naprawdę to ten dzieciak w ogóle się tym nie przejął, myślę, że to ja byłem bardziej zażenowany niż to dziecko.

Potem zaczęła się dyskusja, jak należy się zachować w takiej sytuacji. B. stwierdził, że jest to naszym obowiązkiem wskazywać takiemu dziecku, że źle czyni. Przypomniało mi to trochę ostatnio czytany artykuł o ks. A. Bonieckim, w którym mówił on o indywidualnej odpowiedzialności za drugiego człowieka, no a i Pismo Święte nakazuję w imię miłości wskazywać bliźnim ich błędy i wypaczenia. A jednak w tym samym artykule o Bonieckim, jest opis jego jednej z wizyt w domu starców czy domu pomocy społecznej, w której stwierdził on, że samo powiedzenie, że Bóg Cię kocha nic nie czyni, jest puste i niewiarygodne. Tak, tylko wnioskiem z tego doświadczenia było zaangażowanie się w czynienie dobra stale i sumiennie, a nie obojętność, czyli postawa, którą ja chciałem zaprezentować.

Obojętność jest dla mnie dużym problemem, obojętność vel niezaangażowanie. Z jednej strony uważam, że ludzie nie powinni traktować otaczającej ich rzeczywistości w sposób olewczy, bezmyślny i zupełnie oziębły z drugiej, pochopne działania, chwilowe zrywy przypominają walkę z wiatrakami. Czasami wydaje mi się, że zbyt gwałtowne i nieprzemyślane działania są gorsze niż obojętność. Teraz jak o tym myślę to przypomina mi się „Amator” Kieślowskiego, który właśnie zadaje pytanie o to jak działać, gdy człowiek nie chcę być obojętny względem otaczającego go świata. Czasami odpowiedzią może być skierowanie kamery na siebie, walka z obojętnością w samym sobie, pokazywanie właściwej drogi poprzez własne postępki. Ale czy takie zamknięcie i samoanaliza zwalnia nas z obowiązku zwalczania zła. Czy tępienie zła w sobie wystarczy? Czy obojętność tak jak mówi J. nie jest czasami zgodą, milczącym przyzwoleniem? Czy możemy poprzez własną wygodę i tchórzostwo pozwolić na to, żeby dookoła nas działa się krzywda? A z drugiej strony, jaki ma sens walka z wiatrakami? Czy mamy wystarczająco dużo siły i determinacji, żeby po wyrzuceniu kogoś z torów swej dotychczas miernej egzystencji naprowadzić go na tory jakiejś nowej? Czy w pewnym sensie zburzenie komuś nawet błędnego, ale w jego mniemaniu logicznego systemu wartości i postępowań nie dając nic w zamian, albo jedynie miraż nie powoduje większej szkody, nie zostawia pustki, która potrafi rodzić już tylko agresję lub pęd do samounicestwienia?

Chwilę porozmawialiśmy o tym. Skończyło się piwo. Poszliśmy w swoje strony spokojnie. A ten dzieciak…

Choroba

Brak komentarzy

ukryta, przyczajona, nierozpoznana czeka na swoją chwilę, na swoją chwałę, chwałę i sławę
znienawidzona, zastraszona, z lękiem w oczach czasami aż chciałoby się westchnąć
a jednak mało kto wzdycha
potrafi uwznioślić, docenić niedoceniane, nadać sens
a jednak wciąż rodzi pytanie o swój sens

Przeżarty, przenikniony przez nią aż do szpiku kości zaczynam się przyzwyczajać. Powoli, z przerażeniem zaczynam ją traktować jak partnera w jakiejś rozgrywce, jak towarzysza długiej podróży.

Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo, żyjemy obok siebie często nie zdając sobie sprawy z rutyny naszych relacji, aż ona rozjuszona, targana samotnością wgryza się w moje ciało, w najdrobniejsze fragmenciki mnie, w które sam rzadko zaglądam, o których chciałbym zapomnieć.

Jest wyrzutem mojego sumienia. Zobrazowaniem nieczystości mego wnętrza. Gdy mnie pochłania czuje się wreszcie w pełni sobą. Czuje, że dusza ma zespala się z ciałem. Czuję, że żyję.

Nie lubię tylko jak czasami wraca z rozmowy ze swą bliską przyjaciółką Ś.. Jest wtedy taka drapieżna, nieujarzmiona, już nie wgryza się powoli i delikatnie w me ciało, ale z furią wygryza potężne kawały wydawało się, że jeszcze niedawno bliskiego jej ciała. Już nie przytłumia mnie swym żarem, ale spala ogniem nie do zniesienia. Ma uległa natura musi jej wtedy stawić czoła. Zaczynam wtedy być wulgarny, nie zważam na to czy to miejsce publiczne czy domowy kąt i wypluwam płuca z nią. Rżnę ją nożem, często przy pomocy innych. Tak mnie boli jej krzywda, że czasami proszę o eter by nie patrzeć na to.

Adaptacja

2 komentarzy

Słowo klucz, słowo dnia, słowo życia, słowo cywilizacji, sens istnienia.

siedziałeś na korytarzu, plecami wsparty o ścianę, nogi zgięte w kolanach (tylko nieznacznie) Korytarz był – chyba koloru seledynowego, ewentualnie jasna zieleń, coś takiego odprężającego. miałeś na sobie sprane ciemnogranatowe dżinsy, przetarte, a może raczej lekko wyżarte, jakby kwasem, poniżej lewego kolana, w miejscu, w którym masz widoczny ślad po ugryzieniu psa, za krótkie Przez korytarz co chwilę ktoś przechodził lub przebiegał (wtedy chyba po raz jedyny zapamiętałeś Ewę R., w kłusie, bo w Twojej wyobraźni ona iść nie potrafi, jak swym potężnym ciałem zasysa przestrzeń przed sobą). na nogach pospolite tenisówki, takie jakie mają straganiarze w potężnych workach, z których wyciągają je jak kocięta niesione w nich do wrzucenia do wody, ciekawe czy długo je szukałeś zanim ubrałeś je tamtego dnia Okna wychodziły na boisko, na pewno nie na drogę, to było – chyba pierwsze piętro (to jednak nie w tedy zapamiętałeś Ewę R., wtedy patrzyłeś na okno, a gdy ona oplatała rzeczywistość swym ciałem siedziałeś, a może stałeś tyłem do okna). miałeś na sobie biały szorstki sweter, musiał Cię strasznie gryźć, nie miałeś przecież pod nim koszuli, ale miałeś podkoszulek (zawsze nosisz podkoszulki), jego ramiączko wystawało ze zbyt szerokiego dekoltu (zmieściły by się w nim dwie Twoje szyje) Ktoś otworzył wcześniej klasę, a może cały czas była otwarta tylko nie wchodziłeś, nie wiem. WSZEDŁEŚ. USIADŁEŚ. ZACZĄŁEŚ ROZMOWĘ, ALE TO BYŁO PÓŹNIEJ, PÓŹNIEJ TEŻ NAPISAŁEŚ LIST.

Norynberga

Brak komentarzy

Bezduszny sędzia postępków bezwzględnego złoczyńcy w bezsensownym samoprocesie.
Nieskładne koncepty samoumartwiającej się kreatury.
Piękny zbrodniarz, który świadom swego postępku przyjmuje konsekwencje, ale nie korzy się jak nędzny pies godzien jest podziwu.
Co jeszcze?

czuje, że moim słowom brakuje melodii, są jak nieskładne kłody porozrzucane na stoku przez potężny wicher, jak zwierzę miotające się w pułapce okrutnego kłusownika, jak krew wyciekająca z rozerwanej aorty

Jakiś czas temu rozważając swe życie, dla ułożenia swych myśli zacząłem dzielić swoje życie na moduły:
- życie osobiste
- życie zawodowe
- ja implozja
- ja eksplozja.
Niby miało to ułatwiać, a tak naprawdę jedynie zaciemniało, a może ułatwiało tyle, że to ułatwienie wcale nie prowadziło do oczekiwanych przeze mnie wniosków.

nie potrafię się wyrażać jasno dla innych, wciąż słyszę, że moje wypowiedzi są zbyt mgliste, zbyt nieczytelne, wciąż ktoś mi sugeruje spuszczenia trochę wody z tego wodolejstwa, już zapomniałem kiedy prowadziłem dyskurs na poziomie z samym sobą

Kiedyś potrafiłem się wzruszyć drobnostkami, byłem otwarty na ból. Postawa Mesjasz-Cierpiętnik dawała mi poczucie czegoś wyjątkowego. Potem, nawet nie wiem kiedy, odkryłem, że to dość popularna postawa, że łzy bólu psychicznego to dla wielu wielka przyjemność. Siłą rzeczy musiałem potępić taką postawę. Zacząłem ganić się za daremnie wylaną łzę. Nie wiem już, kiedy przestałem przeciekać, a teraz muszę nosić krople do oczu, aby je nawilżać.

gdzie są strumienie łez nad „Chłopcami z Placu Broni”, gdzie wodospady „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” czy mogą je zastąpić malutkie kryształki w kąciku oka nad szpaltą poświęconą sparaliżowanemu dziecku

Gdzieś za czołem rodzą się kolejne oskarżenia, ale chyba nie jestem jeszcze gotowy przyjąć je nie korząc się, nie tłumacząc, nie błagając o wybaczenie. Byłbym słabym złoczyńcą, złoczyńcą niegodnym uwagi.

aż chciałoby się w tym miejscu, w tym momencie wstawić jakiś cytat poety złoczyńców: „… łzy mogą przynieść ulgę, wcale przy tym nie osłabiając.”

Nie szedłem w rytm muzyki sączącej się do ucha (ciało nie posiadło umiejętności synchronizacji z paraliżującą umysł muzą). Nie patrzyłem na nic, brzuch mnie bolał. Uciekałem od trójkąta, który niepokojącym śmiechem wytrącał mnie ze spokojnej kontemplacji obojętnego i tępego spojrzenia w nicość. Nie dawałem poznać po sobie, że jednak mnie wytrącają z mojej bierności, nie chciałem im dać tej satysfakcji. Na przejściu udało mi się zostawić ICH wszystkich w dalekiej krainie „po drugiej stronie ulicy”. Przekroczywszy barierę odosobnienia, nagle odkryłem, że świat zakwitł. Esperanto było pierwszą ulicą, którą zobaczyłem w tym roku w pełni rozkwitłym wiosennym kształcie. Nade mną aleja ukwiecona, uzieleniona.
Czy to ma jakieś znaczenie?

Hanga Roa

Brak komentarzy

„Wielkanoc, co jednoczy szynki i kiełbasy
Z wdziękiem tulipanów i hiacyntów, stwarza
Między tym, co jest wrogie sobie po wsze czasy,
Raz do roku harmonię za oknem masarza.

Przeciwieństwo dwóch światów (co idą o lepsze
W nienawiści, w wieczystym ze sobą rozstaju):
Ducha, co wielbi kwiaty, brzucha, co czci wieprze,
W zgodę się nieskalaną zaokrągla w jaju.

I korzenne gwoździki, zdobiące tak ślicznie
Wędlinę wraz z borówki zimowymi krzaki,
Najodleglejsze kraje łączą symbolicznie:
Nasze polskie zagaje z półwyspem Malakki.”

L. Staff „Święcone”

Christiania

Brak komentarzy

„R.!!!
Dzięki za wszystko!!
Wesołych Świąt jeszcze raz!!!
Do zobaczenia.

P.S. Miałem Ci pozmywać naczynia ale za pół godziny mam pociąg. Sorry.
Jak zostaną do następnej mojej wizyty to obiecuje że pozmywam.
M.”

Röyksopp’s Night Out

Czuje gdzieś w powietrzu niepokojący zapach czegoś psującego się. Nie chce mi się przeszukiwać sterty wokół siebie. Poczekam, aż da o sobie znać bardziej wyraźnie.

Ktoś w pracy miał dziś problemy żołądkowe i wiatry wiały dość silne. Czy mogłoby to dotyczyć mnie a ja bym sobie z tego sprawy nie zdawał? Chyba nie.

Odwiedził mnie dziś sąsiad ze swoim kompanem. Postanowili ostatecznie rozwiązać problem anteny. Zajęli mój pokój. Poszedłem, więc do kuchni i umyłem tą wielką stertę pasudów. A w międzyczasie podlałem także kwiatki i wyprałem ciuchy.

Czasami cieszę się, że nie mam czasu na czytanie gazet. Nawet nie dlatego, że się denerwuje czy jestem oburzony, na głupotę, zaściankowość czy inne żałosne przypadłości naszego narodu, ale po prostu, dlatego, że oszczędzam sobie zbędnego rozrzewnienia. Nie znoszę się rozczulać nad codzienną gazetą. To wygląda strasznie absurdalnie jak hamuje łzy nad artykułem o nowym budynku w Centrum czy kolejną zmianą w rządzie.

A.T. do R.T

hej nie wiem jak długo wytrzymam jeszcze z nimi trafia mnie szlak i jeszcze
w pracy ta panna się zmyła i codziennie jeszcze musze jej robotę odwalać
nie dość ze brak mi czasu i pomysłów na swoje mam tego dość i dowiedziałam
się ze ona wcześniej była 4 miesiące na zwolnieniu mam nadzieje ze tak nie
będzie, a w ogóle to wszystko jest bez sensu bolą mnie tak strasznie plecy ze
nie chce mi się żyć i dźwięk suszarki budzący mnie działa na mnie strasznie
boże czemu o mnie zapomniałeś mam tego wszystkiego serdecznie dość

R.T do A.T.

Mój szef projektu powiedział dziś
„Trzeba wierzyć, że da się coś zrobić, bo inaczej nie warto wstawać”

Seul

Brak komentarzy

Już idąc do metra widziałem tych przesiąkniętych dymem, przepitych, zużytych dzieciaków, które szły do metra. Akurat jakimś trafem usiedli koło mnie, pewnie ze względu na porę na przeciw mnie siedzieli zużyci, przesiąknięci papierosami i przepici czterdziestolatkowie.

Na następnej stacji do wagoniku wsiadła dziewczyna w zielonych trzewikach i brązowych skarpetkach w kratkę z małym kremowym kundlem. Kundel był dość ruchliwy, taki dziecinnie radosny, na mojej twarzy wyrósł subtelny uśmiech, taki uśmiech „jakie pocieszne zwierzę, miły piesek, ale trzymajcie go z daleka ode mnie”.

Tymczasem te zużyte dzieciaki i Ci zużyci faceci, radośnie zaczęli bawić się z tym psem, dając mu swe dłonie do pogryzienia, bo biedakowi dopiero zęby się wykluwały i chciał im bardzo pomóc.

Natomiast ja siedziałem nadal z tym cholernym uśmiechem i myślałem sobie o tym, że nie będąc przesiąkniętym, ani przepitym, może nawet niezużytym byłem zdolny tylko do wydania z siebie tego żałosnego grymasu.

Czy miał na to wpływ mój raczej negatywny stosunek do zwierząt w mieście, moja zbyt sterylna osobowość, a może zbyt usztywniony sposób bycia?

Kopenhaga

Brak komentarzy

Być może w drodze do domu zatrzyma się u mnie przez kilka dni M..
Nie jestem pewien (choć dzwonił), bo ostatnio nawiedzając Wawę zatrzymuje się gdzie indziej.

Jest to pewnie po części moja wina, choć ciężko mi ją sobie przypisać, bowiem M. jest zbyt skomplikowany, zbyt niejednoznaczny i zbyt wrażliwy, aby czasami odkryć chwilę, moment, w którym popełniło się omyłkę, błąd, który mógł go urazić.

Ostatnia wersja, którą nie udało mi się jednak ani potwierdzić ani wykluczyć, mówiła, że za bardzo mu przypominam o A., więc aby nie otwierać niezagojonych ran, nie chciał mnie widzieć.

Z drugiej strony, ja również uniknąłem możliwości wykorzystania wszystkich możliwych sposobów, aby ten kontakt nie stracić. Nie zastanawiałem się nad tym do końca, dlaczego.

M. mogę tak to stwierdzić był moim dobrym duchem na studiach. Jemu zawdzięczam w dużej mierze to – co teraz robię, po części to – kim może jestem. Może trochę przesadzam, ale czasami lubię przesadzać. Z pewnością należy do grupy kilku osób, które miały ogromny wpływ na dokonywane przeze mnie wybory.

Właśnie dzwoni domofonem.

Ogre

Brak komentarzy

„Piosenka dziękczynna”

Jakże cię wielbić muszę,
Jakże cię kochać bardzo,
Żeś dał mi, Panie, duszę,
Chociaż nią ludzie gardzą.

Jakżem wyrazić w stanie
Dzięki tobie tysiąckrotny,
Żeś stworzył miłość, Panie,
Choć żyję tak samotny.

Chwałę twą śpiewa bicie
Serca w mej piersi głębi,
Żeś dał mi krótkie życie,
Które śmierć wieczna zgnębi.

Leopold Staff

Moja wewnętrzna przestrzeń geograficzna wypełnia się miejscami, chwilami, które coś znaczyły albo nic nie miały w sobie. Jest jak siatkowy materiał, gdzie pomiędzy siecią zależności znajdują się niewypełnione pustki.
Czy naprawdę jest tak, że łatwiej piszemy i mówimy o rzeczach niezbyt miłych, o rzeczach dołujących?
Czy nie potrafimy się wznieść poza to, co tu i teraz nas dołuje, że nie potrafimy znaleźć nadziei?
A przecież wiara, nadzieja i miłość to trzy podstawowe cnoty główne, bez których nie dostąpimy zbawienia. Wszystkie trzy niosą ze sobą bagaż ogromnie pozytywny, w takim razie skąd w Nas tyle goryczy.

Są miejsca takie jak to, z którymi łączymy strasznie pozytywne emocje. I nawet gdy po latach dowiaduję się, że był to tylko dobrze zgrany pozór to arkadia dzieciństwa pozostaje nietknięta.

Dolino Ogre arkadio mego dzieciństwa
Pamiętam Cię jeszcze
Nie zapomnę dopóty dopóki mózg mój w niezrozumiałym przeze mnie procesie będzie zamieniał jogurty, ciastka, pączki, Kinder Bueno, Kinder Delice, obiady u znajomych, sałatki ukochanych mi osób, mleko i hektolitry kawy w impulsy elektryczne przesyłające z jednej półkuli miliony zapisanych bitów informacji do drugiej w celu wytworzenia złudzenia, że trwam

Sloka

2 komentarzy

chrzestny mojej rodzicielki
przyjaciel mojego dziadka
pierwszy pogrzeb
pogrzeb mojego dziadka
przedwczesne łzy
czemu płaczesz skoro już po wszystkim
zabawny pogrzeb mojej babci

jadę do niej
jej już nie ma
ona wciąż jest
zapominam ją
już do niej nie jadę

ostatnio w moim otoczenie duszami zawładnęły „Godziny” Stephena Daldry
jest to kolejny po „Porozmawiaj z nią” film, który chciałbym obejrzeć jeszcze raz
w wypadku „P z n” chodziło przede wszystkim o wrażenia estetyczne
nad „Godzinami” chciałbym się jeszcze zamyślić
pierwotnie uważałem, że jest to film o pogodzeniu się z codziennością
jednak B. wyraziła znacznie ciekawszy sąd – jest to film o trwaniu i umieraniu (taka mała
eschatologia)
może dla każdego jest to coś innego
może to pochodnia od której może zapalić się wiele ognisk

Riga

Brak komentarzy

majestatyczna wyniosła
przyjęła w swe rozłożystości
spokojnie nieświadomy powolna asymilacja
wkroczyłem przeorane runo

naznaczony ochrzczony
synteza woda i słowo
radioaktywny genetycznie zmodyfikowany
nie mogę uciec

spokojna wyważona
nadziała mnie na szpikulce
wgryzła bulwarami

a ścierwo zhandlowała w mięsnym postzeppelinie

była druga

Sofia

Brak komentarzy

plac bankowy
przystanek autobusowy w stronę centrum
przedpołudnie
pogodny wiosenny dzień

chwila czasu
patrzę na widnokrąg

prześwietlony
przeszyty
przebity
przewiany
prze…

czas zatrzymał się świat zamarł fotografia
ja mucha żywa ruchliwa nieludzka obrzydliwa

nic szczególnego się nie stało
gotycka świątynia runęła
nie ma już mnie

Budapeszt

Brak komentarzy

„Nostalgia d’Italia” nie pamiętam czy tak zwie się pizza czy też pizzeria w Budapeszcie, gdzie kiedyś miałem przyjemność zjeść, chyba nawet nie pizzę, a spaghetti. Choć nie wiem, po co to piszę, gdyż „NdI” to raczej dla mnie symbol swoistego rodzaju rozrzewnienia, udręczenia. To tęsknota za tym, co na wyciągnięcie ręki.

Choć może tak faktycznie to zupełnie co innego, może to raczej tęsknota za czymś bezpowrotnie utraconym, utraconym, bowiem „radość obowiązku”, o której może kiedy indziej, nakazała STOP.

W mętliku jaki mam teraz w głowie zabijam magię tego co zawsze kryło się za zasłoną „NdI”. Gdy boli to satysfakcja unicestwienia przynosi ulgę, to tak jakby odczuwać radość z tego, że coś się kończy, boć to przecież normalne iskać spokoju w umieraniu.

A żeby bardziej smakowało to do tej strawy złożonej z niespełnienia, udręczenia, ekspektatywy śmierci dodajmy domieszkę przyprawy w postaci krzepiącej myśli o sile samobójstwa.

Moskwa

Brak komentarzy

„Tev vajag mācīties vācu un krievu valodu”

Tak ot mawiał mój dziadek, gdy jeszcze będąc dzieckiem dość opornie zabierałem się za naukę języków (przypadłość ta pozostała mi do dziś). Głęboka ta myśl nie była jednak nigdy rzucana bez silnego uargumentowania. Tak więc, po „Tev…” dziadek rozpoczynał opowieść o tym jak bardzo znajomość języków wpłynęła na jego życie (miał szansę uratować życie drugiemu człowiekowi; sam uratował się od więzienia, a może i Syberii; był w stanie pomóc przyjaciołom przetrwać we wrogiej im ojczyźnie; a nawet poznać wspaniałych ludzi, którzy pomogli mu pozbyć się problemu napastującej go byłej żony).

Oczywiście nigdy nie było mowy o jakichś dowolnych językach (fantazyjne języki Azji czy Karaibów), ale o konkretnych dwóch – Niemieckim i Rosyjskim, bowiem chodziło o poznanie wroga. Ta dziwna mania poznawania wroga jest dla mnie czymś trudnym do pojęcia, ale widocznie nie jest to kwestia poznania, a czegoś głęboko zakodowanego w naszej podświadomości. Bo czyż nie wydaje się czymś zdumiewającym, że antysemici znają zazwyczaj kulturę i tradycję judaistyczną lepiej niż przeciętni szarzy zjadacze chleba czy też, że homofobowie opowiadają najwięcej dowcipów o homoseksualistach (swoją drogą rozmawiałem ostatnio z aktywnym homofobem, który stwierdził, że aktywnemu homoseksualiście nie podałby dłoni, ale cały czas sypał dowcipami o takim podtekście). Niezrozumiałe, a może oczywiste?

W każdym razie dziadek mój krzewił we mnie potrzebę poznania wroga dla własnego bezpieczeństwa (ale czego boją się antysemici- tu chyba muszę się dłużej zastanowić).
Myślę jednak, że obok obawy gdzieś wewnątrz kryje się podziw i fascynacja (może to lepsze wytłumaczenie dla antysemickiego zaciekawienia judaizmem), która sprawia, że chcemy poznać kulturę na tyle potężną, że była w stanie nas sobie podporządkować, nam zagrozić lub nas omamić. W moim wypadku jest to bardzo prawdziwe, ponieważ mam duży szacunek dla siły i choć nie rozumiem przemocy to jestem w stanie zrozumieć, że będąc słabym nie drażnię silnego.

Ale wróćmy do początku, a więc do Rosji. No ale to chyba innym razem.

Warszawa

Brak komentarzy

ambitna beznadziejna cudowna ćpiąca denna extra fajansiarska gówniana hermetyczna idiotyczna jedyna klasa lipna łaciata moja nudna oportunistyczna ówczesna pierdolnięta rozkoszna straszna ściśnięta Twoja ulubiona wielka xyz

jaka naprawdę jest?

Dublin

Brak komentarzy

Na jednym z plakatów promujących głosowanie na TAK w referendum o przystąpieniu do Unii Europejskiej, nie pamiętam już czy uśmiechnięty czy tylko pogodny, M. Żebrowski „wypowiada”, i to nie wiem czy dokładnie tak czy może trochę inaczej, ”Jestem Europejczykiem”. Podobny plakat jest też z A. Przybylską, tyle, że ona jest już Europejką.
Strasznie mnie rozdrażnił ten plakat, bowiem nie będąc przeciwnikiem UE, nie uważam też, że fakt bycia poza Unią oznacza, że przestaje być tym, kim faktycznie jestem. Nie uważam, że nalepka na samochodzie, flaga na maszcie, czy dodatkowy akt w systemie prawa sprawi, że stanę się kimś innym.
Ogólnie jestem przeciwny metkowaniu, segregowaniu, wyodrębnianiu, kategoryzacji.

Paryż

Brak komentarzy

„Moja wymarzona suknia ślubna”

Ku własnej, niczym nie przymuszonej udręce postanowiłem się dziś obciążyć zadaniem zbędnym i nikomu niepotrzebnym, a więc zobrazowaniem, no może jedynie zarysowaniem „Mojej wymarzonej sukni ślubnej”.
Parafrazując słowa Nosowskiej:
Nie żebym lubił suknie,
Ja o sukniach nawet nie myślę
Po prostu wzruszyło mnie to
Naprawdę chciałem dobrze
wziąłem się intensywnie do ciężkiej intelektualnej roboty.
Najpierw zaopatrzyłem się w materiały:
a) prasowe – „Młoda Para”, „Ślub”
b) książkowe – „Pan Tadeusz”, „Zemsta” (wybrałem te pozycje, bo już sfilmowane oszczędziły mi czas czytania)
c) wizualne – „Ojciec Panny Młodej I”, „Ojciec Panny Młodej II”, „Uciekająca Panna Młoda”, „Absolwent”
d) audio – 4 h zestaw muzyki weselnej w wykonaniu plejady gwiazd „Biesiady w 2”.
Po zapoznaniu się z tymi krynicami wiedzy zacząłem myśleć i nagle ogarnął mnie uwiąd starczy. Żadna racjonalna myśl nie przyszła mi do głowy, nie licząc wizji sukni ślubnej mojej mamy (to wizja prosto z horrorów klasy B) oraz jedwabnej koszuli nocnej (ta wizja jednak, jak przystało na każdego porządnego katopolaka została szybko i gruntownie zniweczona).
A teraz zrozpaczony siedzę nad klawiaturą i rozpaczam, że nie mam wizji „Mojej wymarzonej sukni ślubnej”.

Bagdad

Brak komentarzy

„- A poza tym, do diabła, mam przecież moje klejnoty!
Querelle wiedział, że pieniądze – a zwłaszcza złoto – daje prawo do zabijania. Zabijanie stawało się wtedy „sprawą państwową””
J.G. „Q z B”

Dookoła wszyscy mówią o wojnie. Wstyd aż nie zabrać głosu, tyle tylko, że w tej paranoi każdy głos wydaje się zapałką wrzuconą do ogniska – bez znaczenia i bez sensu. Czy w takim wypadku zwalnia nas to z zajęcia stanowiska? Czy niemożność wpłynięcia na stan rzeczy wyzwala nas z konieczności zaangażowania?
Nie wiem.
Będąc ogólnie nihilistą i stroniąc od życia politycznego, nie uczestnicząc w żadnym zbiorowym wydarzeniu jak wybory czy referenda, będąc konsekwentny powinienem dać sobie spokój. A jednak gdzieś wewnątrz tkwi niepokój, że może jednak!

Tukums

3 komentarzy

Patrzę właśnie na reprodukcję obrazu miasta w którym przyszedłem na swiatło dzienne.

Przedstawia ona małe miasteczko nad sztucznym zalewem, gdzieś w połowie XVIII wieku.

Jakiś bliżej nie określony oficer (pewnie rosyjski) przechadza się po tym stricte niemieckim pejzażu Kurlandii.

Czuje chyba zadowolenie.