Otar Iosseliani zaproponował mi dziś do obejrzenia swój świat.
W tej chwili jestem zbyt zmęczony, aby wyrazić wnikliwą opinie o relacjach jego – mój świat, a zresztą, gdy szedłem na przystanek i myślałem o tym jak za pomocą dwóch palców, klawiatury i systemu komputerowego globalnej korporacji przeleje na papier swoje spostrzeżenia, to raczej myślałem o wyrażeniu kształtu chwili, niż o krytycznym ujęciu problemów świata przedstawionego w tej przypowieści. Trudnością w uczciwej ocenie tego dzieła jest również to, że ostatnio spoglądam na rzeczywistość przez mgłę zmęczenia, krecich okienek, również to, że podobnie jak kiedyś „Ziemię niczyją” przez duży fragment przespałem. Jednak tu podobnie jak i tam byłem pod olbrzymim wrażeniem przekazu, tam raczej treści, tu w dużej mierze również formy. W każdym razie idąc, myślałem o tym, aby wyizolować się od rzeczywistości, aby stworzyć sanktuarium dla tych pozytywnych wibracji, którymi chciałem wprawić w drżenie bity. Prawie mi się to udawało, wręcz jeszcze bardziej się dostrajałem, stwarzałem inkubator, w którym była szansa na wyklucie się mojej esencji tego filmu. Gdzieś jednak wewnątrz mnie Kasandra, nie słuchana przez żaden inny neuron niż swój podpowiadała mi, że 10 min. dzielące mnie do autobusu, w środku nocy, naprzeciw cmentarza Żydowskiego zmieni ten stan.
Czytałem ogłoszenia na słupie, same kulturalne, bo w Wawie słupy służą tylko do promocji kultury, do jej promocji w Wawie służy prawie wszystko, ale słupy gwarantują sterylność kulturalną, bowiem legalnie nie dostają się na nie żadne komercyjne, wielkie i rażące wszędzie w oczy kampanie. Więc przeczytałem sobie program Teatru Wielkiego-Opery Narodowej na czerwiec, plakaty głównych przedstawień i gdy miałem przestawić się na kontemplacje plakatu „Dekameronu” Teatru Banialuka z Bielska-Białej zobaczyłem w tle dwie majaczące się postacie, taką naszą swojską wersję Flipa i Flapa. Profilaktycznie spojrzałem na zegarek, żeby zobaczyć ile minut będę musiał się bronić zanim przyjedzie autobus. Zegarek niemiłosiernie wskazywał 5 min. Rozsądnie przegrupowałem się w kierunku rozkładu jazdy, bowiem przyjęcie zbliżającego się niebezpieczeństwa na tle plakatu baletu „Czajkowski”, raczej nie nastawiałaby przeciwnika przychylnie do mnie.
Flip i Flap sunęli powoli wiedząc, że i tak nie mam gdzie uciec – z jednej strony wielki parking, z drugiej cmentarz żydowski, a z przodu i z tyłu jeszcze mniej przyjazne otoczenie.
Oczywiście znałem już ten chód, te spojrzenia i wiedziałem, że nie będzie łatwo. Z początku zaserwowali pytaniem, co tu robię (na przystanku, w środku nocy pytanie jak najbardziej na miejscu?). Wiedziałem jedno, jeśli teraz odpowiem typowym dla siebie, a pogłębionym przez film miękkim głosem, takim jak spokojna malutka łódeczka sunąca powoli po falach, to jestem skończony, tak więc odchrzaknęłem i najbardziej naturalnie w świecie najbardziej nienaturalnym głębokim głosem stwierdziłem z uśmiechem na twarzy, że czekam na (tu aż się prosi o napisanie „na zbawienie”, ale mięśnie tych gości były imponujące) autobus, i dodałem jakiś łaciniak (w moich ustach brzmi to tak fałszywie, że aż piszczy, ale goście byli trochę zawiani). Zapytali zaś ponownie, o której będzie najbliższy, a oceniwszy, że mają czas spokojnie usiedli. Ja stałem. Mieli czas, więc zaczęli mnie gnębić pytaniami w stylu: A komu kibicujesz? (Traf z odpowiedzią, co by nie usłyszeć, a my drużynie przeciwnej), tyle tylko, ze tym razem drużyna została zamienioną UE.
Na takie pytanie miałem zaś wypracowaną w ostatnim czasie odpowiedź – Nie głosuje, bo jest to sprzeczne z moim nihilistycznym podejściem do życia publicznego, z poglądem, że polityka krzywdzi polityków i że ja nie mam sumienia, co by oddając swój głos skazywać innych na potępienie. Tyle tylko, że w ich wypadku nie wchodziła w rachubę ta odpowiedź.
Stwierdziłem, więc że nie głosuje.
Trochę ich to rozproszyło, ale przypomnieli sobie logarytm postępowania w wypadku drużyny – jeśli nie kibicuje to pytasz o miasto. Więc oni, no ale jesteś za czy przeciw.
Tuż przed pytaniem, ten większy (nie pytający) rzucił butelką w mur cmentarza żydowskiego, z opinią chuj im w dupę tym Żydom. W tej chwil przeszedł mnie impuls, że gdybym był Żydem to oni byliby w stanie rozbić tą butelkę na mojej głowie. Trochę mnie to zmieszało, bo ucieszyłem się, że nie mam jak naród wybrany wypisanego na twarzy napiętnowania, ale i zasmuciło na, tyle, że wiedząc, że na zadane pytanie należy odpowiedzieć „NIE”, przybić piątkę i poprosić o łyk piwa, odpowiedziałem „TAK”. To wywołało lawinę pytań, a gdzie kurwa pracuje, a co studiuje, a że wy studenci to jesteście na tak, bo wy nie wiecie co to praca.
Lubię ładną przemoc, to znaczy jak oprawca jest przyjemny wizualnie. Łączy się to z instynktownym powiązaniem piękna i dobra, a poza tym zawsze czuje się mniej przybity, gdy jestem pokonany przez kogoś bardziej wartościowego. W tym wypadku pogodziłem się z klęską, no bo gość nie dość, że pod każdym względem fizycznym był fizjologicznie lepiej przystosowany do walki w warunkach zwierzęcych to dodatkowo nie był głupi i przekazał mi punkt widzenia, o którym zapomniałem. A mianowicie, że tzw. ludzie pracy nie tyle boją się, że w UE im się pogorszy poziom życia, ale boją się, że innym np. studentom on się poprawi bardziej niż im. Gość dał mi jasno do zrozumienia, że jeśli za lat X on będzie czuł, ze ma gorzej niż ja to on mnie zgnoi li tylko dla lepszego samopoczucia.
I jak tu nie być socjalistą?